XXVII. Eric

Młody śpi, a ja siedzę w pościeli i się zastanawiam. Odświeżam jeszcze raz forum, z którego w końcu zniknęły zdjęcia. Trzeba by było skontaktować się z policją, powinni wreszcie zwrócić się do tego gówniarza… Kurczę. Ja chyba oszaleję, jak się zacznę martwić. Zamykam laptopa, wsuwam go pod łóżko i zwijam się w kłębek. W głowie kotłuje mi się milion myśli. Nie wiem, czy wchodzenie z młodym w ten chory układ, ma jakikolwiek sens. To nadal dziecko… Może i ma skończone te osiemnaście lat, ale żyje w innym świecie. Ma własną, wyobrażoną rzeczywistość i ciężko do niego dotrzeć. Nie wiem, czego on chce. Sam nie wiem, czego ja chcę. To kompletna paranoja! Obracam się na wznak. Gapię się w gęstą ciemność. Jack jednak nie śpi. Błąka się po mieszkaniu. Słyszę, choć stara się nie hałasować. Młody jest uroczy, jego niewinność mnie fascynuje, ale podświadomie boję się, że go skrzywdzę. Najpierw powinniśmy ustalić zasady. Nie mogę go utrzymywać, nie jestem jakimś pieprzonym sponsorem. Dzieciak z jednej strony próbuje być samodzielny, ale chyba ja też go trochę hamuję. Nastaje cisza, ale światło wciąż się pali. Wstaję więc, wiedziony dziwnym przeczuciem. Młodego nie ma na kanapie, ani nigdzie w salonie. W kuchni też pustki. Pali się światło w łazience. Pukam cicho do drzwi.
- Żyjesz? – Wołam.
- Tak… Jakoś… Jakoś leci. – Mamrocze. Wchodzę do środka, nie pytając nawet o pozwolenie. Młody, śmiertelnie blady siedzi na lodowatej podłodze, obok otwartej muszli klozetowej. Na czole lśnią kropelki potu, oddycha z trudem, z otwarymi oczami.
- Co ci jest? – Pytam.
- Nic. Zwymiotowałem… Wyjdź, proszę. – Szepcze, nie otwierając oczu. Klękam naprzeciw niego. Wygląda fatalnie.
- Powiedz mi, co z tobą?!
- Nic. Trochę boli mnie głowa i mi niedobrze… Zaraz przejdzie. To pewnie jakiś wirus. – Mówi zmęczonym głosem.
- Potrzebujesz czegoś? Lekarstw?
- Pomożesz mi wstać? – Prosi.
- Zadzwonić po karetkę?
- Nie. – Prostestuje. Pomagam mu się podnieść. Dzieciak jest słaby, wiotki, niemal przezroczysty, kiedy wlokę go w stronę kanapy. Lokuję go tam, leży na wznak. Podpieram mu głowę, przynoszę szklankę wody. Czuję się jak bohater jakiegoś niedorzecznie pomyślanego serialu. Dotykam ręką jego czoła. Nagle prawa ręka chłopaka się unosi i po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczyna rozpinać guziki koszuli, stanowiącej górną część piżamy. Młody oddycha głośno, powoli podnosi powieki.
- Co robisz? – Pytam. Potrząsa głową. Jest przerażony.
- Nie wiem. – Szepcze, niemal bezgłośnie. Dłoń nadal, jak gdyby nigdy nic, wędruje w dół jego ciała, rozpinając guzik, za guzikiem.
- Hej. Masz w niej czucie? – Chwytam go za nadgarstek. Ręka próbuje się wyrwać, palce dłoni się rozprostowują.
- Nigdy tego nie doświadczyłem…. To tak, jakby… To była obca ręka. Nie kontroluję jej ruchów. Ona robi to sama. – Mówi. Dzieciak jest w równie wielkim szoku, jak ja. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby komuś opętało dłoń!
- Dzwonię po pogotowie. – Oświadczam. Jack już nie protestuje. Jego ręka strąca ze stołu szklankę z wodą.