XXIV. Eric

Spoglądam na plakietkę przy fioletowej koszuli, stojącej za ladą kobiety. Marisa. Ładne imię.
- Czy można na wynos? – Pytam.
- Taaa… – Kiwa powoli głową i gapi się na mnie wyczekująco. W kolejce za moimi plecami stoi już sporo osób.
- To ja… Poproszę te babeczki. – Wskazuję palcem, starając się nie dotykać szyby. Przywykłem do tego, że szklane lady w sklepach, to świętość największa. Płacę prędko kartą, odbieram od babki różowy karton i znikam czym prędzej, odprowadzany wzrokiem przez wściekły tłum, stojący za mną od trzydziestu minut. Skoro młodemu aż tak bardzo zależy na tych randkach, poświęceniach i innych pierdołach, to niech mu będzie. Śnieg zaczyna topnieć, w powietrzu czuć powoli pierwsze oznaki wiosny. Do domu docieram pieszo, dość szybko. Włażę na górę, kieruję się natychmiast do pokoju dziennego, widzę, jak młody leży skulony na kanapie, z otwartymi oczami i podręcznikiem w ręku. Patrzę na to z przerażeniem.
- Coś się stało? – Pytam.
- Nie. Tylko głowa mnie boli i …. Troszkę mi niedobrze. Może przez pizzę? – Pyta. Wzruszam ramionami, ale robi mi się przykro. Jeśli zawiniła pizza, to po części i ja…
- Czyli nie zjesz babeczki? – Pytam. Podnosi się do siadu.
- Pokaż. – Wskazuje ruchem głowy pudełko. Podaję mu je, a sam idę do łazienki. Kiedy rwracam, młody siedzi na kanapie, z głową przy kolanach.
- Co jest? – Pytam. Zaczynam się naprawdę bać.
- Nic. Mówiłem, że boli mnie głowa, powinno zaraz przejść. – Oddycha głośno przez nos.
- Miałeś już tak kiedyś? – Siadam obok, dotykam jego pleców. Człowiek ledwo wróci z pracy, a już się musi denerwować!
- Daj spokój.
- Chcesz jakąś tabletkę przeciwbólową? – Pytam z troską. Nic nie mówi. Naprawdę zaczynam się o niego bać. Przez tak długi czas mieszkałem sam i nie byłem za nikogo odpowiedzialny, a przy okazji miałem chociaż spokój. A teraz? Oszaleć można!
- Przyniosę ci chociaż wody. Długo już cię boli?
- Nie wiem. Jakiś kwadrans. Daj spokój, nie umieram przecież. Ciebie nigdy głowa nie boli?
- Boli, ale się przy tym nie zwijam w paragraf. – Odpowiadam. Gromi mnie tylko spojrzeniem zielonych oczu i nic już nie mówi. Wracam prędko, ze szklanką wody i stoję nad nim, patrząc z bólem.
- Daj mi żyć. Od twojego patrzenia mi nie przejdzie. Chyba, że jesteś jakimś magikiem z Ukrainy, co to leczy wzrokiem. – Mamrocze. Od kiedy on się taki pyskaty zrobił?
- Dasz sobie radę? Jesteś pewien? – Dopytuję, znów siadam obok. Odstawia szklankę.
- Tak. – Rzuca, kładzie się ponowie na boku, z podkurczonymi nogami. A miało być kiczowato i romantycznie. Gdybym wiedział, że młody ma migrenę, to bym nie wystawał przez stulecia w cukierni, jak ostatni idiota. Wzdycham, klepię go po łydce i wychodzę, zabierając ze sobą ciastka. No przecież nie pozwolę, żeby się zmarnowały. Zamykam się z nimi w sypialni, bo nie chcę przeszkadzać dzieciakowi. Teraz już wiem, że lepiej z nim nie zadzierać, kiedy coś go boli, bo robi się dziwnie drażliwy. Siedzę na łóżku i przeglądam wszystkie najbardziej debilne strony internetowe świata, żrąc babeczki. Życie to jest jednak naprawdę popierdzielone i prawie nigdy nic nie wychodzi tak, jak sobie zaplanowaliśmy. A ja się albo starzeję, albo mi odbija, bo snuję filozoficzne przemyślenia. Spoglądam niepewnie na babeczkę. Nie no… Niemożliwe, żeby tam coś było dosypane.