XXVII. James

Marjorie maszeruje obok mnie na wysokich obcasach błękitnych szpilek. Cały czas gada i patrzy na mnie wielkimi oczami. Nie wiem, czy ma taki wytrzeszcz ze stresu, czy dlatego że włosy ma ściągnięte w zbyt ciasny koczek.
- Pan wie, że od tej promocji zależy przyszłość nas wszystkich? Wydawnictwa, moja, Helen, Jeana… – Wymienia. W zasadzie nie znam tych ludzi. Jest przerażona chyba bardziej niż ja. Pędzi długim korytarzem, a ja próbuję za nią nadążyć.
- O której się zaczyna?
- Za półtorej godziny. Musimy wliczyć w to dojazd i stylizację. – Wzdycha ciężko. Chyba w to nie wierzy.
- Uda się. – Próbuję ją jakoś pocieszyć. Podnosi głowę, patrzy na mnie ogromnymi, wyłupiastymi oczami.
- Nie możemy tracić czasu. – Oświadcza z przekonaniem i otwiera przede mną szeroko jakieś drzwi. W środku widzę mnóstwo wieszaków, jedno krzesło i niewysoką, ubraną na czarno Azjatkę.
- To jest Helen. Proszę ją informować, jeżeli coś będzie nie tak, bo jeśli wyjdzie to potem na światło dzienne, to wgniotą nas w ziemię. – Marjorie krzyżuje ramiona, kiedy ostrożnie lokuję się na krześle, a Helen bezceremonialnie grzebie ręką w moich włosach.
- Prostujemy? – Pyta.
- Nie wiem… Jak pani sądzi? – Spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Kładzie mi dłonie na ramionach, razem ze mną przez moment wpatruje się w taflę. Marjorie wychodzi, a jeszcze przez drzwi słychać stukot jej obcasów.
- Możemy spróbować. – Oświadcza, podłącza wtyczkę do kontaktu i unosi prostownicę, jak średniowieczne narzędzie tortur. Nie wiem, jak długo trwają wszystkie zabiegi, bo niemal przez cały czas mam zamknięte oczy. Staram się wewnętrznie uspokoić. Potem pojawia się inna kobieta – ruda, wytatuowana Brenda, której udało się w ciągu parudziesięciu minut założyć na mnie i zdjąć z pięćdziesiąt marynarek. W końcu, obie zadowolone z efektu stawiają mnie przed lustrem i oczekują werdyktu. Wyglądam jakoś inaczej, obco… Jak nie ja. Czy właśnie taki jestem w wyobrażeniach i pamięci tych ludzi, którzy na mnie czekają? Drzwi otwierają się z rozmachem i wchodzi Marjorie z teczką w dłoniach. Spoglądam w jej stronę.
- Doskonale! Dobra robota. – Unosi w górę oba kciuki, przyciskając teczkę do piersi łokciami. Uśmiecham się, choć wiem, że mówi do fryzjerski i stylistki, nie do mnie. Ja jestem tylko punktem na drodze do sukcesu. Marjorie wypisuje coś na tablecie, potem spogląda znów na mnie. Podchodzi. Jej oczy są jeszcze większe.
- Jedziemy. Jean czeka. Pamięta pan, jak wygląda cały proces? Widzi się pan z… – Zaczyna Marjorie. Identyfikator na jej szyi kołysze się z lewa na prawo.
- Pamiętam. – Wchodzę jej w słowo. Kiwa zamaszyście głową.
- Dobrze. To proszę. – Otwiera przede mną drzwi, przez które do pomieszczenia wpada słońce.

2 myśli nt. „XXVII. James

  1. ~Cornoctis

    Biedny James, mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej zagubiony niż zwykle. Oby wszystko poszło dobrze, choć i ja mam wrażenie, że ta promocja będzie inna niż wszystkie inne…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>