XIX. Patrick

- Gdzie masz rower? – Pyta Victor. Z włosów kapie mu woda. Nie wiem, czy tak jak ja przed chwilą przeszedł przez ulewę… Co? Dlaczego pyta o rower, a nie o to, co tutaj robię?
- Ukradli.
- Co? – Vic marszczy brwi.
- Ukradli mi rower. Znaczy… Nie teraz. – Kręcę głową. Jestem mokry, wkurzony na samego siebie, pozbawiony dachu nad głową i chce mi się spać.
- Mogę tu przenocować? – Pytam, bo zdaje mi się, że Victor będzie mnie trzymał za progiem w nieskończoność. Gapi się na mnie nadal, jak na przybysza z obcej planety. Cholera jasna. Zaraz wpadnę w szał. Mokra torba, pełna po brzegi wyrywa mi ramię, włosy przyklejają się do twarzy i marznę, stojąc przy schodach.
- A co, jak się nie zgodzę? – Vic opiera się ramieniem o framugę i przygryza kciuk. Mrużę oczy i odwracam się.
- Nienawidzę cię.
- Dobra, czekaj! Wejdź. – Rzuca, na odczepnego, chociaż jestem tak wściekły, że naprawdę jestem gotów odejść. Wolę już stać całą noc w tym deszczu…
- Właź. Jest środek nocy, zabierasz mi czas. – Ponagla mnie gestem, a ja, upokarzając się już ostatecznie przestępuję próg. Odkładam torbę na szafkę w przedpokoju, zsuwając na brzeg stertę rzeczy Victora. Nie pytając go już o nic, idę do łazienki. Nie będę z nim dyskutował, a tym bardziej nie będę go o nic prosił. Nie wiem, czy mogę ufać, że jest tu czysto… W zlewie kłębią się ubrania… Mokre, więc pewnie Vic też niedawno wrócił do domu. Odkręcam wodę pod prysznicem, opłukuję całą kabinę, stojąc w miejscu i rozmyślając. Udało mi się w pół godziny rozwalić każdy fragment jakiejkolwiek stabilności. Ale chyba nie warto było budować tego na kłamstwie. W końcu, choć ostrożnie, korzystam z prysznica, wydobywam własny ręcznik, ze swojej torby, ubieram się i wracam do salonu, w którym siedzi Victor, trzymając nogi na stole.
– Gdzie ja mam spać? – Pytam. Przysięgam, że jak powie „Na dworcu”, to ukręcę mu łeb. Nagle, z perspektywy czasu, nie wydaje mi się już być doskonały.
- Tu? – Proponuje i sam kieruje się do sypialni. Nie protestuję. Jestem zbyt zmęczony. Zwalam tylko z kanapy kolejny stos ubrań, ręką zgarniam tonę okruszków, papiery przerzucam na stół. Nawet nie próbował ze mną rozmawiać, nie spytał, co się stało. Nie zaproponował mi nawet głupiej herbaty, chociaż wyglądałem, jak wyłowiony z rzeki. Dopiero teraz, gdy leżę na tej kanapie i gapię się w nocne niebo za oknem, uświadamiam sobie, że Victor od zawsze taki był. Po prostu ja wcześniej byłem na tyle zaślepiony, że zupełnie tego nie dostrzegałem. I byłem gotów bez mrugnięcia okiem wybaczyć mu nawet to, że mnie potrącił i kompletnie to olał. Nie wiem… Może to nagromadzenie negatywnych emocji, ale nagle Vic wydaje mi się być mniej fascynujący i cudowny, niż dotychczas.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>