XXX. Victor

- Dokąd właściwie jedziemy? – Pytam, wpatrując się w drogę przed nami i trzymając między nogami mój plecak. Obok mnie siedzi uśmiechnięty jak miss Montgomery, odziany w koszulkę farbowaną metodą tie-dye i nuci pod nosem jakąś piosenkę Beatlesów. No debil, no.

- Byłeś na terapii? – Pyta, ignorując moje pytanie.

- To ty nic nie wiesz? – Dziwię się, nie odwracając się do niego twarzą. Niemal słyszę jak Monty wywraca oczami.

- Skąd mam wiedzieć? Obowiązuje ją tajemnica lekarska.

- Myślałem, że to jakaś twoja rodzina, bo jesteście równie wkurwiający. – Rzucam. On się już nie odzywa. Chyba się obraził. Jedzie tylko dalej i gapi się w drogę przed sobą. Dla mnie lepiej. Przeczesuję palcami włosy i patrzę na mijane drzewa i ludzi. Jak daleko od domu jesteśmy? I jak daleko jeszcze zajedziemy?

Zagryzam nerwowo wargę, To był zły pomysł. Ciągle coś mi mówi, że to może być najgorszy weekend mojego życia, o ile się w ogóle nie pozabijamy.

- Za dwa tygodnie wyjeżdżam do Danii. – Szepcze nagle Monty. Wzruszam ramionami. Co ja mam z tym wspólnego?

- Na jak długo?

- Jak dobrze pójdzie, to nawet na zawsze. – Uśmiecha się.

- Dlaczego mi o tym mówisz?

- Bo nikogo więcej tu nie ma. – Stuka palcami w kierownicę, w rytm piosenki. Czub. Opieram głowę o zagłówek, niespodziewanie dla samego siebie zasypiam, choć wiem, że nie powinienem, bo Monty jest niemniej psychopatyczny niż ja. Budzę się, gdy gwałtownie hamuje. Złośliwie na bank.

- Jesteśmy. – Oświadcza, szczerząc się od ucha do ucha i wysiadając z auta. Wygrzebuję się za nim. Środek lasu. Zadupie jakieś kompletne. Wskazuje mi ręką domek, więc pełznę w jego stronę, poprawiając na ramieniu pasek podróżnego plecaka. Montgomery ciągnie za sobą swoją stukoczącą, irytującą walizkę na kółkach i otwiera przede mną drzwi. Ładnie nawet i względnie nowocześnie, choć wszędzie czuć drewnem i żywicą. Jest kanapa i niewielka półka, na której stoją książki. Rzucam plecak na podłogę z desek, opadam z westchnieniem na kanapę i zaraz się z niej podrywam, bo unoszą się nad nią tabuny kurzu.

- Od kogo ty to wynająłeś? Od zgrai bezdomnych? – Spoglądam na mebel z obrzydzeniem. Monty wywraca oczami. Tchnięty dziwnym przeczuciem pędzę w stronę najbliższego pomieszczenia i otwieram z impetem drewniane drzwi. Sypialnia. Podwójne łóżko. No chyba go bóg opuścił!

- Co to ma być? – Pytam.

- Łóżko, Vic. – Odpowiada ze stoickim spokojem, opierając się o tę swoją cholerną walizkę na kółkach. Nienawidzę go!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>