Archiwa autora: Arco Iris

XXX. Eric

Idę długim, pustym, szpitalnym korytarzem i czuję się, jak bohater jakiegoś filmu. Młodego wczoraj operowano. Podobno czuję się już dobrze, jak na kogoś komu dzień wcześniej grzebano w głowie. Z rękami w kieszeniach i mętlikiem w głowie szukam jego sali. Nie wiem, co mu powiem. Z jednej strony nie mogę się doczekać, z drugiej pragnę odwlec ten moment w czasie. W jakiś dziwny, obcy dla samego siebie sposób za nim tęsknię. Histerycznie i irracjonalnie. Kiedy przestępuję w końcu próg sali i widzę młodego – bladego, kruchego i dziwnie zapadniętego w tej szpitalnej pościeli, coś we mnie pęka. Odnajduję w sobie uczucia i emocje, których wcześniej nie znałem.

- Cześć. – Szepczę dziwnym, piskliwym, nie swoim głosem. Mam ochotę objąć go i już nie wypuścić. Młody nie odpowiada, nawet nie podnosi powiek. Podchodzę bliżej. Ostrożnie, bezszelestnie. Nie chcę robić hałasu odsuwając krzesło, więc klękam na podłodze, obok łóżka, choć wiem, że wygląda to jak scena z prymitywnego, taniego melodramatu. Gapię się na niego. Wpatruję się w jego bladą twarz. Chciałbym go przeprosić, za wszystko, czym go kiedykolwiek, jakkolwiek, choćby nieświadomie zraniłem. Mam ochotę płakać, zagryzam wargę. To zupełnie bez sensu. Mogłem w ogóle tu nie przychodzić… W tym samym momencie młody otwiera oczy.

XXX. James

Siedzę zupełnie sam w mieszkaniu. Marjorie stale dzwoni, ale z uporem maniaka odrzucam połączenia. Chcę być sam, dopóki nie odkryję całej prawdy. Krążę stale niespokojnie, nie umiem nic sobie przypomnieć. To wszystko jest jak wielka, czarna, pozbawiona dna otchłań. Grzebię ciągle w tych rzeczach, przekopuję internet, ale zamiast doznać oświecenia, zapętlam się tylko coraz bardziej i gubię w sprzecznościach. To jest jak lawina nonsensu. Patrick wie pewnie o tym wszystkim więcej, ale nie chcę z nim rozmawiać. Nie po tym, co mi zrobił. Zachował się jak biblijny Judasz. Dla własnych korzyści zniszczył mi niemalże życie! Przyciskam do skroni zaciśnięte w pięści dłonie. W mieszkaniu jest kompletnie ciemno, przez zasłonięte okna. Zamykam się w pomieszczeniu, a równocześnie coraz bardziej zamykam się w sobie. Nie mam na nic czasu, siły, ani ochoty. Jakby wszystko stanęło w miejscu i mogło znów ruszyć dopiero gdy poznam całą prawdę. 

XXX. Victor

- Dokąd właściwie jedziemy? – Pytam, wpatrując się w drogę przed nami i trzymając między nogami mój plecak. Obok mnie siedzi uśmiechnięty jak miss Montgomery, odziany w koszulkę farbowaną metodą tie-dye i nuci pod nosem jakąś piosenkę Beatlesów. No debil, no.

- Byłeś na terapii? – Pyta, ignorując moje pytanie.

- To ty nic nie wiesz? – Dziwię się, nie odwracając się do niego twarzą. Niemal słyszę jak Monty wywraca oczami.

- Skąd mam wiedzieć? Obowiązuje ją tajemnica lekarska.

- Myślałem, że to jakaś twoja rodzina, bo jesteście równie wkurwiający. – Rzucam. On się już nie odzywa. Chyba się obraził. Jedzie tylko dalej i gapi się w drogę przed sobą. Dla mnie lepiej. Przeczesuję palcami włosy i patrzę na mijane drzewa i ludzi. Jak daleko od domu jesteśmy? I jak daleko jeszcze zajedziemy?

Zagryzam nerwowo wargę, To był zły pomysł. Ciągle coś mi mówi, że to może być najgorszy weekend mojego życia, o ile się w ogóle nie pozabijamy.

- Za dwa tygodnie wyjeżdżam do Danii. – Szepcze nagle Monty. Wzruszam ramionami. Co ja mam z tym wspólnego?

- Na jak długo?

- Jak dobrze pójdzie, to nawet na zawsze. – Uśmiecha się.

- Dlaczego mi o tym mówisz?

- Bo nikogo więcej tu nie ma. – Stuka palcami w kierownicę, w rytm piosenki. Czub. Opieram głowę o zagłówek, niespodziewanie dla samego siebie zasypiam, choć wiem, że nie powinienem, bo Monty jest niemniej psychopatyczny niż ja. Budzę się, gdy gwałtownie hamuje. Złośliwie na bank.

- Jesteśmy. – Oświadcza, szczerząc się od ucha do ucha i wysiadając z auta. Wygrzebuję się za nim. Środek lasu. Zadupie jakieś kompletne. Wskazuje mi ręką domek, więc pełznę w jego stronę, poprawiając na ramieniu pasek podróżnego plecaka. Montgomery ciągnie za sobą swoją stukoczącą, irytującą walizkę na kółkach i otwiera przede mną drzwi. Ładnie nawet i względnie nowocześnie, choć wszędzie czuć drewnem i żywicą. Jest kanapa i niewielka półka, na której stoją książki. Rzucam plecak na podłogę z desek, opadam z westchnieniem na kanapę i zaraz się z niej podrywam, bo unoszą się nad nią tabuny kurzu.

- Od kogo ty to wynająłeś? Od zgrai bezdomnych? – Spoglądam na mebel z obrzydzeniem. Monty wywraca oczami. Tchnięty dziwnym przeczuciem pędzę w stronę najbliższego pomieszczenia i otwieram z impetem drewniane drzwi. Sypialnia. Podwójne łóżko. No chyba go bóg opuścił!

- Co to ma być? – Pytam.

- Łóżko, Vic. – Odpowiada ze stoickim spokojem, opierając się o tę swoją cholerną walizkę na kółkach. Nienawidzę go!

XXX. Patrick

Budzę się w mieszkaniu Victora… Zasadniczo nadal jest własnością nas obojga, ale… Czuję się tu nieswojo. Dziwnie. Siadam na kanapie, przeczesuję ręką włosy. Vic biega po pokoju i się pakuje. Nie wie, że na niego patrzę. W końcu wychodzi, mamrocze jakieś pożegnanie i znika. A ja zostaję zupełnie sam w zabałaganionym mieszkaniu. To wszystko jest takie dziwne, jakby… Los zatoczył koło. W końcu tu wróciłem. Kładę się na kanapie, obracam w dłoniach telefon. Nie mam co ze sobą zrobić. Martwię się o Jamesa, ale wiem, że pójście do niego byłoby największym błędem. Z nudów szperam w internecie. W końcu, gapiąc się przez dłuższą chwilę w świecący niebieskim światłem ekran, postanawiam zarejestrować się na portalu randkowym. Jestem dorosły. Nawet jak trafię na świra, albo zboka, to sobie chyba poradzę… A to zawsze jakieś nowe, ciekawe doświadczenie. I zajęcie… Odkładam telefon na bok, podnoszę się do siadu. Nie umiem mimo wszystko nie myśleć o życiu Victora. O tym, jak sobie radzi i co robi, beze mnie… Pewnie tak naprawdę ja już go wcale nie obchodzę. 

XXX. Jack

Za kilka godzin operacja. Wciąż przeraża mnie narkoza i to całe grzebanie w głowie, ale wiem, że nie ma innego wyjścia. Jeśli nie chcę oszaleć, albo oślepnąć, muszę się jej poddać. Wmawiam sobie, że to zabieg poprawiający jakość życia, ale coś mi mówi, że to poważna operacja. Lekarz wszystko mi wyjaśniał, rozrysował, ale byłem w takim szoku, że nic z tego nie wywnioskowałem. Nadal jestem jak w transie. Otumaniają mnie środkami, ale wiem, że bez nich pewnie bym skonał z bólu. Nie do końca wciąż w to wierzę. Na dodatek nadal jestem tu kompletnie sam i pewnie po operacji nic się w tej kwestii nie zmieni. A potem mnie wypuszczą i wrócę… Nie wiem dokąd. Zamykam oczy. Jestem tym wszystkim okropnie zmęczony. Po prostu, po ludzku. Nie wiem, czy bardziej gnębi mnie ból fizyczny, czy psychiczny, połączony z ogromnym, dołującym poczuciem pustki. 

XIX. Eric

Trudno. Nie wytrzymam tak dłużej, bo oszaleję. Kiedy tylko wracam z pracy do domu, wyszukuję numery kontaktowe do wszystkich szpitali, przychodni i jakichkolwiek klinik, w promieniu parunastu kilometrów. Wypytuję o młodego i prawdopodobnie brzmię jak ostatni desperat. Pewnie większość tych ludzi ma mnie za świra i nawet gdyby coś wiedzieli, to nie powiedzieliby mi słowa o tym, że u nich przebywa… A ja nawet nie wiem, czy żyje. I mam gdzieś to, że nie jestem rodziną, bo on nie ma żadnej, cholernej rodziny! Prawie dostaję zawału, kiedy w końcu mi się udaje. Gdy kobieta po drugiej stronie pyta o moje dane, a potem potwierdza i w dodatku informuje mnie, że Jack wskazał mnie w dokumentacji jako osobę upoważnioną do dowiadywania się o stanie jego zdrowia. Obłęd! Powstrzymuję się, by nie pisnąć z radości, pytam kobietę o adres placówki i godziny odwiedzin. Nie wiem, czy młody chce mnie widzieć, ale ja muszę zobaczyć jego, żeby wiedzieć, czy wszystko w porządku. Ciąży na mnie odpowiedzialność. Od razu jadę do szpitala, ale kobieta z informacji mówi, że trwa operacja, nie ma po co czekać i lepiej żebym wrócił za dwa dni. Jestem wściekły. Nie wiedzieć dlaczego, cholernie wyczekiwałem tego momentu, a ona każe mi po prostu wrócić do domu. Siedzę przez chwilę na plastikowym krześle w korytarzu i czekam, aż odezwie się zdrowy rozsądek, który nakaże mi wstać i wracać. Nie ma sensu, żeby tu siedzieć. I tak nie pozwolą mi z nim pogadać. Jeny, a jak coś nie uda? Jak zabieg nie wypali? W końcu, zupełnie zrezygnowany wstaję z miejsca i pełznę na przystanek, by wrócić do domu i oczekiwać momentu spotkania. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Siedzę w pościeli i przeszukuję internet. Policja pewnie nawet nie próbuje szukać tych dzieciaków, które wrzuciły do sieci zdjęcia i pobiły chłopaka. I autentycznie mnie to boli i irytuje. Bezczynność i ignorancja. 

XIX. James

Marjorie dzwoni kilkukrotnie, ale ignoruję jej telefony. Moje myśli zaprząta teraz tylko i wyłącznie odkrycie tajemnicy moich własnych wspomnień. Na okrągło grzebię w rzeczach w kartonie, rozkładam je na podłodze, przekopuję internet. Pozyskuję wiedzę, ale nadal nic nie wiem, bo nie wracają wspomnienia. To wszystko jest gdzieś obok, jakby mnie zupełnie nie dotyczyło, co mnie tylko dodatkowo denerwuje. Przez to nie jem i prawie w ogóle nie śpię. Mam przez to zawroty głowy, ale nie mam czasu i energii, na zwyczajne, przyziemne czynności. Cały mój czas zajmują poszukiwania prawdy. Siedzę teraz w milczeniu przy stole i gapię się w przestrzeń. To zapewne okrutnie egoistyczne, ale nie zastanawia mnie, co robi i gdzie znajduje się Patrick.. Wiem, że powinienem zacząć coś pytać. Rozsądnie byłoby w rok wyrobić się z książką. Czytelnicy zupełnie o mnie zapomną, kiedy znów będę zbyt długo zwlekał… Nie mam nawet pojęcia, jak zareagowali na ostatnią powieść. Nic mnie nie obchodzi. To dziwnie przerażające, a równocześnie dające poczucie swoistego spokoju uczucie. Znów jestem zupełnie sam. Z samym sobą, swoimi myślami i swoimi problemami. I jest mi z tym całkiem dobrze.

XIX. Victor

Kiedy się budzę, nie pamiętam już, że jest tu Patrick i dostaję niemal zawału kiedy go widzę w kuchni. W dodatku dziwnie zdenerwowanego.
- Co tu panuje za syf? – Odwraca się do mnie przodem i patrzy na mnie opętańczym wzrokiem.
- Nie mieszkasz tu, nie wtrącaj się. – Wzruszam ramionami. Morduje mnie wzrokiem i dalej trzaska drzwiami szafek.
- Jesz coś w ogóle? Sprzątasz czasem? Bywasz tu chociaż? – Pyta. Znów wzruszam ramionami. Co mu się będę zwierzał? W dalszym ciągu wszędzie grzebie. Nie mam pojęcia czego szuka.
- Nie idziesz do pracy?
- Nie.
- Dlaczego?
- Nie mam pracy.
- To z czego ty żyjesz? – Dopycha kolanem drzwi szafki i odwraca się do mnie przodem, trzymając rękę na biodrze. Nie chce mi się z nim dyskutować.
- Przyszedłeś mnie umoralniać?
- Wiesz co? To jednak nie był dobry pomysł…- Kręci głową.
- Też tak sądzę. – Potwierdzam.
- Mógłbyś okazać jakiekolwiek resztki ludzkich uczuć, albo chociaż wstyd za to, jak wygląda mieszkanie. Ciesz się, że sufit jeszcze ci nie spadł na ten durny łeb. – Patrick jest wściekły. W sumie jest wściekły od wczoraj. Ciekawe dlaczego… I gdzie on w ogóle dotychczas mieszkał?
- W piątek wyjeżdżam. – Oświadczam.
- Jutro?
- Tak.
- A co będzie ze mną?
- Nie mam pojęcia.
- Vic!
- Nie mów do mnie Vic. Możesz tu zostać, o ile nie rozniesiesz mojego domu do reszty. – Rzucam wspaniałomyślnie, a Patrick woła za mną, że tutaj nie ma już czego roznosić. Jestem święcie przekonany, że tego nie przezwycięży i wszystko posprząta. Nie mam z nim o czym więcej gadać, więc postanawiam się spakować, na ten cholerny wypad z Montgomerym… Nie mam zielonego pojęcia, co powinienem ze sobą zabrać. I nadal wątpię w słuszność podjętej decyzji. Przecież ja go nawet nie lubię i nie mam z nim o czym gadać. Ale chyba głupio by było teraz się wycofać…. Nawet ja mam na tyle sumienia. Patrick rzuca czymś szklanym do kosza, a ja podskakuję w miejscu. Świr! Chwilę potem wkurzony wypada z kuchni i wychodzi z mieszkania. Bez swoich rzeczy, więc chyba planuje tu jeszcze wrócić… 

XIX. Patrick

- Gdzie masz rower? – Pyta Victor. Z włosów kapie mu woda. Nie wiem, czy tak jak ja przed chwilą przeszedł przez ulewę… Co? Dlaczego pyta o rower, a nie o to, co tutaj robię?
- Ukradli.
- Co? – Vic marszczy brwi.
- Ukradli mi rower. Znaczy… Nie teraz. – Kręcę głową. Jestem mokry, wkurzony na samego siebie, pozbawiony dachu nad głową i chce mi się spać.
- Mogę tu przenocować? – Pytam, bo zdaje mi się, że Victor będzie mnie trzymał za progiem w nieskończoność. Gapi się na mnie nadal, jak na przybysza z obcej planety. Cholera jasna. Zaraz wpadnę w szał. Mokra torba, pełna po brzegi wyrywa mi ramię, włosy przyklejają się do twarzy i marznę, stojąc przy schodach.
- A co, jak się nie zgodzę? – Vic opiera się ramieniem o framugę i przygryza kciuk. Mrużę oczy i odwracam się.
- Nienawidzę cię.
- Dobra, czekaj! Wejdź. – Rzuca, na odczepnego, chociaż jestem tak wściekły, że naprawdę jestem gotów odejść. Wolę już stać całą noc w tym deszczu…
- Właź. Jest środek nocy, zabierasz mi czas. – Ponagla mnie gestem, a ja, upokarzając się już ostatecznie przestępuję próg. Odkładam torbę na szafkę w przedpokoju, zsuwając na brzeg stertę rzeczy Victora. Nie pytając go już o nic, idę do łazienki. Nie będę z nim dyskutował, a tym bardziej nie będę go o nic prosił. Nie wiem, czy mogę ufać, że jest tu czysto… W zlewie kłębią się ubrania… Mokre, więc pewnie Vic też niedawno wrócił do domu. Odkręcam wodę pod prysznicem, opłukuję całą kabinę, stojąc w miejscu i rozmyślając. Udało mi się w pół godziny rozwalić każdy fragment jakiejkolwiek stabilności. Ale chyba nie warto było budować tego na kłamstwie. W końcu, choć ostrożnie, korzystam z prysznica, wydobywam własny ręcznik, ze swojej torby, ubieram się i wracam do salonu, w którym siedzi Victor, trzymając nogi na stole.
– Gdzie ja mam spać? – Pytam. Przysięgam, że jak powie „Na dworcu”, to ukręcę mu łeb. Nagle, z perspektywy czasu, nie wydaje mi się już być doskonały.
- Tu? – Proponuje i sam kieruje się do sypialni. Nie protestuję. Jestem zbyt zmęczony. Zwalam tylko z kanapy kolejny stos ubrań, ręką zgarniam tonę okruszków, papiery przerzucam na stół. Nawet nie próbował ze mną rozmawiać, nie spytał, co się stało. Nie zaproponował mi nawet głupiej herbaty, chociaż wyglądałem, jak wyłowiony z rzeki. Dopiero teraz, gdy leżę na tej kanapie i gapię się w nocne niebo za oknem, uświadamiam sobie, że Victor od zawsze taki był. Po prostu ja wcześniej byłem na tyle zaślepiony, że zupełnie tego nie dostrzegałem. I byłem gotów bez mrugnięcia okiem wybaczyć mu nawet to, że mnie potrącił i kompletnie to olał. Nie wiem… Może to nagromadzenie negatywnych emocji, ale nagle Vic wydaje mi się być mniej fascynujący i cudowny, niż dotychczas.

XIX. Jack

Jest kompletnie ciemno, nie mam pojęcia która jest godzina. Panuje niezmącona cisza, a ja obracam się niespokojnie z boku na bok, starając się nie powyrywać wszystkich przewodów, do których mnie podłączyli. Szaleję z bólu. Dostanę obłędu albo z bólu, albo od tony środków, którymi mnie faszerują. W dodatku nikogo nie obchodzi to, co się ze mną dzieje i nikt mnie nie szuka. Można się kompletnie załamać… Zwijam się w kłębek, zaciskam oczy i usta. Coś mi buzuje w głowie. Palce zaciskam na poduszce, wciskam w nią twarz. Próbuję oderwać myśli, uciec jakoś mentalnie od cierpienia. Nigdy jeszcze nie czułem takiego bólu. Mam wrażenie, że utracę przytomność i wiszę gdzieś między rzeczywistością, a mętnym, męczącym snem. Zaczynam naprawdę pragnąć tej operacji, choć z drugiej strony mnie przeraża. Nie wiem, czy przez otumanienie, ale naprawdę chcę, żeby zabieg się odbył. Żeby wszystko wróciło do normalności… Względnej normalności, którą żyłem, zanim trafiłem tutaj. Nie wiem do końca, co powinienem zrobić ze swoim życiem, nie umiem niczego planować. Ale nie jestem w stanie myśleć o niczym, poza tym wstrętnym, nieznośnym bólem. Gdzieś, z tyłu głowy przewija się Eric, ale ignoruję każdą z tych myśli. Nie obchodzę go i to żadna nowość. Nawet nie próbuje mnie tu znaleźć. Przygnębia mnie to dziwnie, choć wiem, że nie powinienem się niczym dodatkowo zadręczać. Przeraża mnie operacja, przeraża mnie śmierć, która nagle wydaje się być dziwnie bliska… Wiem, że o śmierci też nie powinienem myśleć, ale nic nie poradzę na to, że to miejsce kojarzy mi się w dziwny sposób z umieraniem, a nie uzdrowieniami… Mdli mnie, dotykam drżącą ręką ust. Cały dygoczę, mam dreszcze, a w głowie maszeruje mi jakieś wściekłe stado. Po raz kolejny wciskam przycisk na ścianie nad regulowanym łóżkiem. Nie dam już dłużej rady sam.

XVIII. Eric (Część II)

Odchodzę od zmysłów. Nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje z młodym. Nie wiem, czy tu wróci… Boję się. Nie mam z nim żadnego kontaktu, a nawet nie wiem, gdzie do końca go szukać. Myślę o nim, kiedy siedzę w okienku w banku, kiedy jem śniadanie i kiedy zasypiam. Czuję się za niego w jakiś sposób odpowiedzialny. I chyba bez niego by tu było jakoś dziwnie pusto… Siedzę sam w łóżku, nie mogąc znaleźć sobie zajęcia. Nie potrafię zasnąć. Za oknem pada. W zasadzie leje. Nieprzerwany strumień wody płynie z nieba. Dostanę regularnego szału! Podchodzę do okna. Na ulicy nie ma nikogo. Tylko ciemność i deszcz. Liczę, że to mnie jakoś uspokoi. Nic z tego. Krążę po mieszkaniu, spoglądam jeszcze raz na list w żółtej kopercie. Wciąż jest tam, gdzie go zostawiłem. Odtwarzam w głowie na okrągło tę noc, gdy z młodym zaczęły się dziać niepokojące rzeczy. Wiem, że to  nie moja wina, ale i tak czuję się winny. W jakiś dziwny sposób. Wypijam szklankę wody. Wydaje mi się, że na korytarzu słychać jakiś szmer i dziwnie się niepokoję. Nagle przypominam sobie, że przecież Adam istnieje i jakiś czas temu przysłał tamtą dziwną wiadomość… Kroki gdzieś się oddalają, a ja głośno wypuszczam powietrze ustami. Kategorycznie muszę przestać świrować. Gapię się na rzeczy młodego, wciąż leżące na kanapie. On musi tam pewnie okropnie się bać. Nawet nie próbuję sobie tego wyobrażać. Uświadamiam sobie jak strasznie dużo nieprzyjemnych i wręcz przerażających sytuacji przeżył ten dzieciak. A mimo to wciąż ma w sobie jakąś nadzieję i optymizm. Ja bym nie był w stanie. Załamałbym się na jego miejscu kompletnie i już nigdy by mnie nie znaleźli. On ma w sobie siłę, więc da radę.

XXVIII. James (Część II)

Patrick znika. Zabiera swoje rzeczy i sam wychodzi. Nie wiem, czy ja tego chciałem. Może naprawdę udałoby się to jakoś odkręcić? Klęczę na podłodze, nad kartonem, a z włosów kapie mi deszczówka. Nadal niewiele rozumiem i kompletnie niczego nie pamiętam… Cierpię. Jestem całkiem, bezdennie sam. Sam ze swoimi myślami, ze swoją niewiedzą. Słyszę tylko swój oddech i burzę za oknem. Co z nim będzie? Nikt nie powinien przebywać na ulicy w taką wstrętną pogodę… Wyjmuję po kolei wszystkie rzeczy z pudła. Dotykam ich delikatnie, bo obawiam się, że się rozlecą, podobnie jak moje wspomnienia. Coś rozdziera mi serce. A ja nawet nie wiem, o co chodzi. Sięgam po komputer, siedzę razem z nim na podłodze, pośród porozrzucanych pamiątek po Michaelu. Szukam go. Przeglądam zdjęcia. Rozpoznaję na nich siebie i szukam w jego oczach, w rysach twarzy czegoś znajomego. Czegoś, co zapali jakąś iskierkę, co przypomni choćby jedno zdarzenie. Pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek, może nawet śmierć. Cokolwiek. Przez Patricka mam w głowie lukę. Zamykam laptopa, rozkopując pamiątki na podłodze idę do sypialni. Mokry od deszczu, w ubraniu zwijam się na kołdrze. Tego dnia zdarzyło się zbyt wiele. Dygoczę. Zaciskam powieki, mokre włosy przyklejają mi się do twarzy. Gubię się we własnych myślach, a to, że niczego nie pamiętam mnie przeraża. Niebo za oknem przecina błyskawica. 

XXVIII. Victor (Część II)

Kiedy wracam do domu jest już całkiem ciemno, a na dodatek leje jak z cebra. Nie do końca wiem, dlaczego zgodziłem się na ten wyjazd z Montgomerym… Odwieszam płaszcz, wyswobadzam się z przemoczonych ubrań i upewniam się, że telefon jeszcze działa. Od razu kieruję swoje kroki do łazienki, po drodze zapalając wszystkie światła. Matka zabiłaby mnie za to, że nie oszczędzam energii, gdyby jeszcze żyła. Odkręcam ciepłą wodę pod prysznicem, kłębek z mokrych ubrań wrzucam do zlewu. Później coś z tym zrobię. Włażę pod prysznic. Ciepła woda przyjemnie stopniowo rozgrzewa. Wyciszam się, zamykam oczy. Nawet lubię to, że jestem sam. Nikt niczego ode mnie nie chce, nie gada, nie przeszkadza. Odzwyczaiłem się. Nie wiem, jak przeżyję ten weekend w głuszy ze świrem… Może nie będzie tak źle. Może tak naprawdę sztywniacki Monty ze sztucznymi zębami ma jakąś inną, drugą twarz, która da się lubić? Opieram głowę o kafelki, myślę o tym, jak mi przyjemnie i wtedy ktoś dzwoni do drzwi. Myślę, że to dzwoni w mojej głowie ze zmęczenia, więc nie reaguję, ale dźwięk nie ustaje. Zastanawiam się, czy śpię. Mrugam kilka razy, prawie się przewracam. O co chodzi? Kto stoi przed moimi drzwiami? O tej porze? W taką pogodę? Pewnie jakiś nawalony sąsiad pomylił drzwi. Niech spada. Osuwam się. Siedzę w brodziku, z odchyloną głową i delektuję się chwilą. Dzwoni. Dzwonek do drzwi dzwoni. Klnę, wyłażę z pod prysznica, ubieram to, co udało mi się znaleźć na wierzchu w koszu z brudnymi rzeczami i idę otworzyć, z zamiarem zepchnięcia ze schodów nieproszonego gościa. Zostawiam na podłodze mokre ślady, kiedy docieram do przedpokoju. Otwieram drzwi kluczem i pociągam za klamkę. Stoi przede mną kompletnie przemoknięty Patrick we własnej osobie. 

XXIII. Patrick (Część II)

Kiedy tylko James wraca do domu, wiem, że jestem na straconej pozycji. Nie uśmiecha się i nie opowiada, jak było. Nie porusza się i wpatruje się we mnie z powagą.
- Kim jest Michael? – Pyta. Wiedziałem, że kiedyś to pytanie padnie. Nerwowo przełykam ślinę i odwracam wzrok. Nie wiem, czy powiedzieć prawdę, czy brnąć w to dalej… Spoglądam mu w oczy.
- Ja… Nie wiem, co powiedzieć. – Wzdycham, decydując się na szczerość. James znów jest zupełnie inny. Odległy i poważny.
- Więc wiesz, kim jest Michael? – Przechyla głowę. Czuję się przesłuchiwany. Wiem. I co z tego? Wszystko się we mnie gotuje i zaraz się rozpłaczę. Czuję, że kiedy wyznam mu prawdę, wyląduję na bruku. Ale nie mogę go okłamywać bez końca. Oddycham głęboko.
-Wiem. – Szepczę niemal bezgłośnie. Przecież nie uwierzy, że robiłem to dla jego dobra. James mnie omija, odwracam się, bo mam wrażenie, że może mnie zabić. Siada na kanapie, czeka. Wygląda przeraźliwie smutno. Włosy kręcą mu się od deszczu i stoją nieskładnie na wszystkie strony, bo ktoś wcześniej je wyprostował i przylepił do głowy toną jakiegoś paskudztwa… Wpatruję się w niego. Ufał mi tak długo… Ale w to nie uwierzy.
- On… Był twoim partnerem. – Szepczę. Tyle chyba mogę powiedzieć.
- Kiedy? O co chodzi, z tym, że odszedł? Powiedziała to jedna z reporterek, a ja nic nie pamiętam…
- On… Umarł.
- Umarł? I dlaczego kiedy straciłem pamięć nie powiedziałeś mi o tym ani słowa, jakby to nigdy nie miało miejsca? – Wstaje. Rozgryzł mnie. Po plecach przebiega mi dreszcz, czuję, jak drży każdy mięsień w nogach.
- Nie chciałem cię denerwować…
- O co chodzi?
- Nie chciałem cię denerwować. Kiedy… Kiedy się tu zjawiłem, ty byłeś kłębkiem nerwów, tęskniłeś za nim do szaleństwa, nie chciałeś rozmawiać, zamykałeś się w sobie i stale cierpiałeś, a ja… Kiedy zdarzył się ten wypadek to… Tak po prostu na to wpadłem. – Odruchowo próbuję się tłumaczyć. Wiem, że to mój koniec, że wyląduję na ulicy i znów będę kompletnie sam, pozbawiony jakichkolwiek perspektyw.
- Dlaczego?
- Bo nikt nie lubi, kiedy ludzie wokół są nieszczęśliwi. – Odpowiadam. Nie umiem mu tego lepiej wytłumaczyć. Milczy, wgapia się w podłogę, wyłamując palce. Chyba próbuje to sobie poukładać. A mną targa taka gama emocji, że w zasadzie wbrew sobie wypadam z mieszkania, zbiegam do piwnicy i wracam na górę z kartonem. Chyba muszę doprowadzić to do końca. Zrzucić z siebie ciężar, choćby miało mnie to kosztować wszystko. Stawiam karton na wypolerowanych panelach. James najpierw spogląda na rzeczy, potem na mnie. Z włosów kapie mu woda.
- To są jego rzeczy. Właściwie… Twoje. Pamiątki po nim. Zabrałem to, żeby nie przywoływało złych wspomnień.
- Więc zrobiłeś wszystko, żebym o nim zapomniał? Żeby mnie od siebie uzależnić?
- Nie. Ja chciałem… Żebyś był szczęśliwy.
- I nie zrobiłeś tego dla żadnych, własnych korzyści? – Pyta. Po części tak… Nie wiem, co jeszcze mogą mu powiedzieć. Jestem przerażony, rozgoryczony i w jakimś stopniu wściekły, przez co w końcu zbieram do torby swój skromny dobytek, a on tylko śledzi wzrokiem moje poczynania. Rzucam tylko do widzenia i wychodzę. Jest kompletnie ciemno, a z nieba leje ulewny deszcz. W oknie Victora pali się światło…

XXVIII. Jack (Część II)

Leżę na szpitalnym łóżku i gapię się w sufit, po kolejnej rozmowie z panią psycholog. Operacja. Będą mi grzebać w głowie! Coś strasznego… Eric nadal nie pojawił się tu ani razu. W sumie nie jest za mnie odpowiedzialny, a pewnie dodatkowo przeraża go to nie mniej, niż mnie. Boję się, że teraz całkiem mnie oleje. Zjawiłem się w jego życiu niespodziewanie i niepotrzebnie, a teraz jeszcze mam nowotwór. Na co komu taki uciążliwy współlokator? Odwracam się powoli na bok, a potem ponownie na wznak, bo mnie mdli. Wolę się nie poruszać, oddychać spokojnie i udawać, że nic się nie dzieje. Faszerują mnie środkami, a za parę dni operacja… Tak szybko, już. Bo po co zwlekać? Boję się. Nic na to nie poradzę. To chyba logiczne, że się obawiam. Zaciskam palce na pościeli, bo ból w czaszce staje się nie do zniesienia. Zagryzam wargę, żeby nie płakać. Nie chcę, żeby wepchnęli we mnie więcej prochów… Pewnie nawet by nie mogli. To wszystko jest popieprzone i w jakiś egoistyczny sposób czuję, że ja na to zupełnie nie zasłużyłem. Wyciągam poduszkę spod głowy, leżę teraz płasko, podłączony do kroplówki. Poduszką zasłaniam twarz. Czuję jak gorące łzy wypływają spod powiek i płyną po policzkach. Co by było, gdyby ten cholerny guz nie zaczął dawać objawów? Jestem teraz zupełnie sam i nie wiem, czy bardziej cierpię z bólu, czy bezsilności. Nie wiem, co mnie czeka po wyjściu stąd, o ile w ogóle stąd wyjdę… Oddycham głęboko i po omacku odnajduję przycisk na ścianie.

XVIII. Eric (Część I)

Nie mogę uwierzyć w to, że młody ma raka. Spoczywa na mnie wielka bezsilność. Obwiniam się, choć wiem, że nie mam o co. Niemożność  przyniesienia pomocy jest najgorsza. Ja jestem tutaj, a on tam – sam i przerażony. Źle mi z tym. Niewyobrażalnie. Leżę na boku na łóżku, z szeroko otwartymi oczami, żeby nie płakać z bezsilności. Otacza mnie jakaś dziwna, nienaturalna, niewytłumaczalna dla mnie samego pustka. Paranoja. Obłęd kompletny. Staram się nie płakać, chociaż coś rozrywa mnie od wewnątrz. Wmawiam sobie na siłę, że przecież wszystko musi się jakoś ułożyć. Trzymam się kurczowo tej myśli, jak ostatniej deski ratunku. Zaczyna padać. Ciężkie, wielkie krople deszczu uderzają o szybę. Ciemność przeszywa blask błyskawicy. Wzdrygam się, zaciskam powieki. Zamkną mnie w psychiatryku, jak tego nie zwalczę. Po jakimś czasie pewnie minie, ale w tym momencie kompletnie nie potrafię się uspokoić. Czytałem o wszystkich, możliwych metodach leczenia, choć podobno to nie jest nawet nic groźnego… Ale może zrobić się groźnie. Obracam się na brzuch, wciskam twarz w poduszkę, żeby nie krzyczeć. Wszystko mnie boli od wewnątrz w jakiś dziwny, niefizyczny, nierealny sposób. To trochę tak, jakby bolało mnie samo istnienie. Podnoszę się do siadu, bo nie mogę oddychać. Wstaję, krążę bez sensu. Nie potrafię zasnąć, a nie umiem sobie znaleźć miejsca. Jakby wszystko nagle straciło sens. Kiedy śmierć dotyka nas bezpośrednio, jakoś inaczej zaczynamy to wszystko postrzegać. Widmo umieralności wydaje się bliższe i bardziej ludzkie. Zdaje się, że nas też może dotknąć w każdej chwili. Ale dlaczego teraz? Tak nagle… Kiedy wszystko miało wyjść na prostą. 

XXVIII. James (Część I)

Siedzę i podpisuję kolejne, układane na stosie książki. Cena książki z autografem wzrasta o połowę – jeden z faktów, które dziś przyswoiłem. Stoi przede mną mnóstwo ludzi – z notatnikami i aparatami, a ja się uśmiecham i staram się być uprzejmy, oraz profesjonalny. Wszyscy zadają masę pytań. Są zadziwiająco sympatyczni i wcale nie kłopotliwy, choć się tego obawiałem. Uśmiechnięty facet w koszuli w kratę otwiera usta by zadać mi pytanie, ale przepycha się przed niego czerwonowłosa dziewczyna w wielkich okularach.
- Czy pisanie książki pomogło panu z traumą po nagłej śmierci ukochanego? – Pyta, a właściwie woła, jakbym stał ze dwadzieścia metrów od niej. O czym ona mówi? Mrużę oczy, próbuję to z czymś połączyć. Uśmiecham się… Nie wiem, co powiedzieć. O czyjej śmierci wspomniała ta dziewczyna? Gapi się na mnie wyczekująco zza szkieł. Na moment zapada cisza, a babka znów pyta:
- Jak udało się panu pogodzić ze śmiercią Michaela? Czy tworzenie było rodzajem terapii? – Pochyla się do przodu, prawie włazi na stół. Kim jest Michael? Nic nie wiem. Mam lukę w pamięci. Gapię się w punkt nad jej ramieniem, próbuję sobie przypomnieć cokolwiek, ale bezskutecznie. Kobieta zaciska szczęki, a ja wpatruje się w punkt nad jej ramieniem i szukam odpowiedzi. Nie. Nic nie pamiętam. Kim jest Michael? Umarł? Dlaczego Patrick nigdy o nim nie wspomniał. Do przodu przechodzi uśmiechnięty, wysoki mężczyzna z rudymi dredami. Babka prycha i cofa się do tyłu, wpychając niewielki notes do kieszeni. Odpowiadam uprzejmie na pytanie dziennikarza z jakiegoś literackiego portalu, ale w głowie wciąż kołacze mi myśl – Kim jest Michael? Drażni mnie to, że nic nie umiem sobie przypomnieć, przez co nie wiem, czy wierzyć tej kobiecie, czy własnej pamięci… Kiedy spotkanie się kończy wyjeżdżam autem prowadzonym przez szofera, jak jakaś odrealniona gwiazda rocka. Z nieba pada deszcz. Wielkie, ciężkie krople uderzają o szyby, wirują, spływają smutno w dół, jak łzy, a ja nadal nie umiem uspokoić swoich myśli. Zaciskam w pięści trzymane na kolanach dłonie i układam sobie w głowie plan tego, co powiem Patrickowi…Muszę jakoś się dowiedzieć, kim był ten cały Michael. A on musi coś na ten temat wiedzieć! Skoro zna mnie od tak dawna… Niemożliwym jest, żeby zapomniał cały świat, z wyjątkiem tej wścibskiej dziewuchy w czerwonych włosach. Spoglądam za okno. Ludzie próbują uciec przed deszczem, pędząc chodnikiem w poszukiwaniu zadaszeń. Jest już późno. Mam nadzieję, że Patrick nie śpi i zdążę z nim porozmawiać.

XXVIII. Victor (Część I)

Przechodzę obok tej popularnej księgarni. W środku, tuż za szybą wystawową siedzi jakiś facet. Otacza go tłum dziennikarzy i innych pomyleńców. Ludzie! Jak można tak czcić gościa, który coś napisał? Przecież nie odkrył nowego kontynentu! Przystaję, przyglądam się, jak podpisuje książki, odpowiada na pytania, błyskają mu fleszem po oczach. I wtedy to zauważam! Autor ma moje pióro. Moje, nie żadne inne! Przysuwam się bliżej, przyklejam niemal nos do szyby. Nie ma mowy o pomyłce! Cholera jasna. Odsuwam się, wciskam dłonie do kieszeni. To znaczy, że Patrick ma coś wspólnego z tym grafomanem. Zeświruję niedługo całkiem! Wyciągam telefon, opieram się plecami o ścianę pobliskiego butiku, oddycham głośno i nerwowo.
- Tak? – Montgomery odbiera po czterech sygnałach.
- Co tak długo?
- Na litość boską! Pracuję! – Oświadcza. Jestem zdenerwowany, zasycha mi w ustach. Rzeczywistość jest popieprzona!
- Pojadę z tobą na to zadupie. – Mamroczę.
- Serio?
- Tak. Nie ekscytuj się tak, bo nie ma czym. Nie zamierzam się tam z tobą integrować. Po prostu wszystko i wszyscy mnie tu drażnią, dlatego chyba faktycznie muszę zmienić otoczenie…
- A nie mówiłem?
- I odreagować.
- A nie…
- Zamilcz. – Rozkazuję. Spoglądam na gościa, podpisującego za szybą egzemplarze swojej powieści. Zarabia na praktycznie nic nie robieniu, a ja tu zaraz zdechnę z głodu.
- Halo! Jesteś tam? – Słyszę głos Monty’ego. Unoszę telefon z powrotem do ucha.
- Co?
- Pytałem, o której mam cię zabrać w piątek.
- Nie wiem. Nie wiem, czy dożyję do piątku. Dupę zawracasz!
- Zgodziłeś się już. Musimy wszystko ustalić. – Stęka. Wiedziałem, że jak się zgodzę, to już się nigdy nie odpieprzy. Najrozsądniej, dla oderwania, byłoby pojechać gdzieś samemu, ale mnie na to nie stać… Kurde. Tak źle, tak niedobrze. Odsuwam się, bo zaraz z rozbiegu wybiję szybę w tej księgarni, skoczę na tego gościa i wyrwę mu pióro. Taka niesprawiedliwość mnie spotyka! Zmierzam w stronę głównego wyjścia z galerii, wciąż trzymając komórkę przy uchu i słuchając ględzenia Monty’ego. Zaczynam się równocześnie zastanawiać, jak ja w jego towarzystwie przetrwam te parę dni w głuszy… Wkopałem się nierozsądnie.

XXIII. Patrick (Część I)

Siedzę w domu i próbuję być cierpliwy, choć cały czas boję się, że coś wypłynie. Media znają Jamesa lepiej niż ja i lepiej niż on sam siebie zna. Obserwuję przez okno skoszony trawnik i Victora, wychodzącego z budynku. Nie wiem, czy kiedyś wyrzucę go z pamięci i pozwolę mu odejść. Przeraża mnie to, że James mnie kocha… A w każdym razie tak sądzi. Nie wiem, co mam z tym zrobić. Myśli wirują mi w głowie, gonią jedna drugą i nie potrafię ich nijak pogodzić. Dopóki James tu nie wróci, niczego nie będę pewien. Panikuję na wyrost i wmawiam sobie, że wszystko będzie w porządku… Zasłaniam okno i w ciszy leżę na kanapie. Nie umiem się uspokoić, ani na niczym skupić. Myślę o kartonie w piwnicy i o tym, że piekielnie oszukuję Jamesa. Czuję się jak zdrajca. Odpalam jego komputer, wpisuję nazwisko w wyszukiwarkę. O! Są już pierwsze zdjęcia z dzisiejszego spotkania. Lokuję się na parapecie. Leje deszcz. Pogoda jest ponura i niewdzięczna. Nie oddychając czytam każde zdanie z rewelacji w których wspominają o pisarzu. Na szczęście ani słowa o Michaelu, czy jakimś skandalu. Może mi się upiecze… Zagryzam wargę, zamykam laptopa, odkładam na miejsce. Krążę niespokojnie, wsłuchując się w odgłosy burzy. Nie mogę sobie znaleźć miejsca, a on pewnie nawet nie wie, jaki niepokój teraz mną targa. Mam ochotę ukryć się gdzieś i zniknąć, by nikt mnie nie znalazł. Jak zbrodniarz.

XXVIII. Jack (Część I)

- Jest pan ubezpieczony? – Lekarz siedzi naprzeciw mnie, przesuwa mój dowód osobisty w moją stronę i wertuje stos medycznej dokumentacji. Kręcę głową. Boję się diagnozy. Bałem się już pobierania krwi i tomografii… Wiem, że to pewnie coś przerażającego.
- Nie chodzę do szkoły i nie pracuję… – Szepczę. Facet w kitlu coś notuje.
- Co mi jest? – Jęczę cichutko.
- Zrobiliśmy…
- Co mi jest? – Powtarzam. Chcę wiedzieć… Lekarz patrzy mi w oczy, zaczyna wyjaśniać.
- Wykryliśmy zmianę nowotworową w prawej półkuli pana mózgu… – Pokazuje mi coś na zdjęciu. Odruchowo unoszę rękę do głowy.
-… jest jak najbardziej operacyjny i niezłośliwy, ale może zacząć… – Facet dalej gada, ale docierają do mnie tylko pojedyncze słowa. Mam raka. Umrę… Jak nic. Oddycham głęboko.
- Proszę się uspokoić. Musimy pana hospitalizować, za tydzień odbyłaby się operacja. Nie ma sensu zwlekać. Powikłania są możliwe… Może pan nie pamiętać niektórych osób… – Słyszę tylko urywki zdań. Jak pojedyncze klatki z filmu…
- Mogę stać się kompletnie upośledzony? – Wchodzę mu w słowo. Nadal to wszystko nie do końca do mnie dociera. W drzwiach pojawia się wysoka, czarnowłosa kobieta.
- To doktor Dawn. Pomoże panu to wszystko sobie ułożyć. Może pan z nią porozmawiać na każdy temat. – Uśmiecha się lekarz. No nie… Jeszcze mi tu psychiatrę ściągają. Lekarz mówi powoli, tłumaczy wszystko w skupieniu, a ja mam wrażenie, że całe zdarzenie trwa sekundy. Znowu kręci mi się w głowie. Nie będę miał jak zapłacić za opiekę… Nie wiadomo, czy nie pojawią się komplikacje. Dostanę paraliżu, albo jakichś problemów z psychiką… Facet podaje mi dokumenty, które przyciskam do klatki piersiowej, a jego miejsce zajmuje miła, ciemnowłosa kobieta. Wszystko wiruje, jest mi niedobrze, nadal nie wierzę w to, co przed chwilą usłyszałem… Wszyscy są przeraźliwie spokojni. Jak to możliwe, kiedy mój świat się sypie? Zaciskam dłonie na kolanach, wysłuchuję pani psycholog, choć prawie nic z tego do mnie nie trafia. Jestem wściekły i rozgoryczony. Mam żal do całego świata. Zaciskam dłonie w pięści, wbijam w nie wzrok. Lekarka coś do mnie mówi, ale nic nie rozumiem. Każde słowo dociera do mnie jak zza grubej wartwy gąbki. Mam ochotę płakać i wrzeszczeć równocześnie. Mój świat zawalił się ostatecznie. To koniec.