Archiwa kategorii: Bez kategorii

XXVI. Eric

Młody się obraził. Śmiertelnie i ostatecznie. Nie odzywa się do mnie, omija mnie, ignoruje. Niech sobie to wszystko poukłada. Sam też muszę to zrobić. Chociaż mimo wszystko z jakiegoś powodu jest mi go cholernie żal. Może dlatego, że jest jeszcze młody i nie pojmuje życia. Staję nad nim, kiedy siedzi na kanapie, z kolanami pod brodą.
- Hej. Co robisz? – Pytam, ale nie oczekuję odpowiedzi. Zgodnie z podejrzeniami – milczy i nawet się nie porusza. Drażni mnie to. Po co ze mną mieszka, skoro traktuje mnie jak powietrze? Wzdycham, siadam obok. Kuli się jeszcze bardziej, zaraz się zwinie w ósemkę. Rozkosznie zabawne.
- Odezwij się do mnie, nie obrażaj się już. – Proszę.
- Nie.
- Odezwałeś się!
- Odwal się ode mnie.
- Gdybym ja trakto..
- Nie gadam z tobą! – Woła. Akurat…
- Młody, daj spokój.
- Nie mów tak do mnie.
- Jesteś niepoważny. – Stwierdzam, bo zaczyna mnie drażnić.
- Ja?
- Tak, ty. I skoro ci tak bardzo zależy, to możemy gdzieś pójść.
- Obejdzie się. – Rzuca, krzyżuje ramiona. Obrażalski typ.
- Dobra. To ja wychodzę.
- Świetnie.
- Błagam cię, Jack. – Wywracam oczami. Ileż można obrażać się o wyolbrzymiony problem? Szkoda życia. Skubie rękaw swojego zielonego swetra.
- Dokąd chcesz pójść? – Pyta nieśmiało.
- Nie wiem.
- Wkurzasz mnie. – Oświadcza. Podnosi wzrok, dopiero teraz na mnie patrzy.
- Wiem. A ty się łatwo dajesz ugłaskać.
- O nie, nie, nie. Nie ma mowy. Nie idę. – Odwraca twarz w drugą stronę, unosi podbródek. Wiem, że i tak uda mi się go podejść.
- Chodź.
- Nie.
- Chodź. – Powtarzam, przysuwam się bliżej.
- To jest manipulacja!
- Ale skuteczna. I to się liczy!
- Dobra.
- Eureka.
- To dokąd idziemy? – Wzdycha. Chyba ma do siebie żal.
- Coś się wymyśli.

XXVI. James

Środa. W najbliższy poniedziałek trafi na półki, w piątek rozpocznie się promocja. A dziś trafiła w moje ręce. Jestem podekscytowany i przerażony równocześnie. Kartkuję powieść, wsłuchuję się w cichy szelest stron. To magicznie, nieludzkie doświadczenie. Jakbym na moment trafił do innego świata, którego istnienia tak naprawdę nie pamiętam… Pamiętam książki, które powstały wcześniej, ale nie wiem, co działo się przez te dwa lata… Czy mój styl się nie zmienił? Czy ludzie tego nie skrytykują? Ludzie z zasady nie lubią i nie chcą wracać do przeszłości, a ja tak bardzo, usilnie pragnę ją poznać. Drzwi otwierają się z trzaskiem, ale nie ruszam się z miejsca. Patrick wpada do pokoju i patrzy na mnie, jak kilkulatek na konia na biegunach.
- Masz książkę! – Woła entuzjastycznie, z rozpędu siada obok mnie i zabiera mi powieść. Nie komentuję, nic nie mówię, uśmiecham się tylko, obserwując jego radość. Wygląda teraz tak prawdziwie i wyjątkowo równocześnie. Podekscytowany, zarumieniony, pachnący świeżym powietrzem, wczytuje się w streszczenie na tylnej okładce. Czy istnieją inni ludzie, którzy tak reagują na moje książki? Jak sobie z nimi poradzić? Jak z nimi rozmawiać?
- Dopiero teraz do mnie dociera, że jesteś osobą publiczną. – Szepcze.
- Oddaj. – Wyciągam rękę po książkę. Potrząsa głową.
- Nie ma mowy. Nie oddam, dopóki nie przeczytam. – Oświadcza stanowczo i chowa książkę za plecami. Wyciągam rękę, próbuję ją odzyskać, ale Patrick ze śmiechem robi uniki.
- Napisałeś ją, więc znasz całą fabułą. Po co ci? – Pyta, unosi rękę nad głowę, próbuję sięgnąć po książkę, ale wciąż siedząc na kanapie odchyla się do tyłu tak, że dłoń z lekturą spoczywa na podłodze. Wpatruję się w niego przez chwilę w tej pozycji. Wiem, że jak wstanę, żeby go podejść z drugiej strony, Patrick wróci do pionu. Nie wiedzieć czemu ta sytuacja wcale mnie nie irytuje i nie wydaje mi się dziecinna, bezsensowna. Obserwuję, jak jego klatka piersiowa unosi się z oddechem, a ciało spływa, niemal bezwładnie z mebla, na podłogę. Zawisam nad nim, pochylam się, sunę dłonią w dół jego ręki. Skupiam się tylko na odzyskaniu książki, nie patrzę w jego przymknięte oczy, bezwiednie wdycham zapach wiosennego wiatru, którym przesiąknięte jest jego ubranie. Luzuje uścisk, książka z łoskotem upada na podłogę. Patrick otwiera oczy. Moja palce wciąż zaciskają się na jego nadgarstku. Spogląda na mnie, rozchyla usta, oddycha głośno, jak po przebiegnięciu dystansu. Pochylam się niżej, puszczam jego rękę. Stykamy się niemal nosami, widzę z bliska kolor jego tęczówki. Całuję go czule, delikatnie, niepewnie. Lęk wymieszany z tęsknotą gdzieś się we mnie przelewa.

XXVI. Victor

- Ile to panu zajmie? – Pytam nieśmiało, zerkając na fachowca. Gapi się na mój sufit od dobrych trzech kwadransów.
- A co? Spieszysz się pan gdzieś?
- Pan jest bez…
- Ale podłogę to trzeba będzie całą zrywać.
- Wara od podłogi! Podłogę sam ogarnę. – Prostestuję. Gość w internecie reklamował się jako najlepszy spec w mieście, ale chyba coś mu nie idzie… Dzwoni mój telefon. Jak zwykle Monty, więc odrzucam. Pewnie chce wypytywać o szczegóły terapii, na której nie byłem. Właśnie kiedy zastanawiam się, czy nie zablokować jego numeru w cholerę, słyszę huk i ryk powalonego bawołu. Pędzę do kuchni. Okazuje się że facet spadł z trzystopniowej drabinki i leży na podłodze, obok skrzynki z narzędziami. Nie! Nie wrobi mnie w odszkodowanie. Nie ma szans! Uprzejmie pomagam facetowi wstać, a potem wręczam mu jego przybory, drabinkę i wypraszam go z mojego mieszkania. Patrzy na mnie zszokowany. Pewnie myślał, że zacznę go przepraszać i zaproponuję telefon na pogotowie. Jeszcze co. Dość mam w otoczeniu świrów. Zatrzaskuję drzwi za specem. Czyli nadal nic. Wciąż mam kasę, ale nie mam normalnego sufitu. Żyć się odechciewa. Montgomery znowu dzwoni. Wzdycham i odbieram, bo nie da mi spokoju.
- Czego? – Pytam.
- Cześć! Odebrałeś!
- Ależ ty spostrzegawczy. Order ci się należy… – Mamroczę. Zerkam znów na sufit. Kompletna tragedia.
- Mam do ciebie sprawę.
- Nie pójdę do psychiatry. – Protestuję od razu.
- Chciałem cię zaprosić na wspólny weekend. Przyszły weekend. – Oświadcza, nad wyraz radośnie. Wywracam oczami.
- Błagam! Ty naprawdę nie znasz żadnych innych ludzi? Dlaczego tak się mnie uczepiłeś?
- To by ci naprawdę pomogło. Wyjazd do odległego miejsca, na łonie natury. Oderwałbyś się od tego, co cię dręczy i czego nie posiadasz. – Mówi. Kretyn, wierzący w moc pozytywnego myślenia. Dlaczego im wszystkim się wydaje, że zmiana otoczenia niweluje problemy?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
- Vic! To naprawdę będzie niezapomniany weekend.
- To zabrzmiało jak tekst z pornola!
- Victor!
- Wygrałeś wycieczkę w konkursie płatków śniadaniowych i nie masz z kim jechać?
- Chcę coś dla ciebie zrobić, chcę cię uszczęśliwić, a ty stale drwisz.
- Ale ja nie chcę! Nie chcę nigdzie z tobą łazić, jeździć… To jest prawie jak stalking! Ty mnie prześladujesz.
- Daj spokój. Obiecuję, że jak nie wypali, to się od ciebie odczepię.
- Możesz się teraz odczepić.
- Ale co masz lepszego do roboty? Z dobroci serca sponsoruję ci wyjazd, a ty usilnie odmawiasz, chociaż nic cię tu nie trzyma.
- Skąd wiesz?
- Bo wiem. – Śmieje się.
- Przerwa ci się nie kończy? – Pytam. Mogłem od niego nie odbierać. Ignorować go stale.
- Przemyśl to Victor.
- Nie.
- Naprawdę by ci pomogło…
- Nie mam czasu gadać. – Rzucam szybko i rozłączam się. Próbuję zrozumieć, co siedzi w głowie tego człowieka? Dlaczego aż tak bardzo mu zależy? Po co się dla mnie poświęca, skoro dobitnie daję mu do zrozumienia, że mam go gdzieś?

XXVI. Patrick

Leżę obok Jamesa i wpatruję się w jego plecy. Nie mogę zasnąć. Zastanawiam się, co by się miało wydarzyć, gdyby nie telefon. Z jednej strony wizja mnie ciekawi, z drugiej napawa lękiem. Odwraca się powoli na drugi bok, twarzą do mnie, uśmiecha się lekko.
- Cześć. – Szepcze.
- Hej. – Mamroczę i błyskawicznie wygrzebuję się spod kołdry, zerkając uprzednio na zegar.
- Coś się stało? – Pyta. Kręcę głową, uśmiecham się ciepło. Staram się, żeby to nie wyglądało jak ucieczka, kiedy zabierając stosik ubrań pędzę do łazienki. Ubieram się, myję, żegnam i wychodzę bez śniadania, postanawiając po drodze zjeść coś w cukierni. Jednak bardziej się boję. Boję się, że James jakoś nawiąże do tego, co miało miejsce wczoraj, że zacznie drążyć i grzebać w przeszłości. Kiedy zabieram rower, mój wzrok pada jeszcze na list i pustą, małą, żółtą kopertkę. Kto to rozsyła, u licha? Wyprowadzam rower na zewnątrz, znów, odruchowo zerkam w okno Victora. Przemyka mi myśl, czy on też czasami rozmyśla o mnie? Czy już kompletnie mnie olał i zapomniał na zawsze? Rozmyślam przez cały czas o liście, jadąc przed siebie na rowerze. Potrącam prawie jakiegoś rozkojarzonego faceta, wpatrzonego w ekran telefonu. Ma nietypowe, niezwykle wyraźne rysy twarzy, nie ma w niej nic delikatnego. Odruchowo odprowadzam go wzrokiem. I wtedy go widzę. Victora. Wysiada z czyjegoś auta, jak gdyby nigdy nic. Przechylam głowę, usilnie próbuję dostrzec, kto siedzi za kierownicą. Vic się śmieje, przeczesuje ręką włosy i zamyka drzwi. Nie wiem, czy mam uciekać, czy udawać, że go nie widzę, kiedy idzie w moim kierunku, wyprostowany i dumny, jak zawsze. Nie odzywa się. Pewnie też woli udawać, że mnie nie widzi. W końcu, o czym mielibyśmy ze sobą rozmawiać? Zatrzymuję się przed cukiernią, zamawiam pączka i kawę z cynamonem. Uśmiecham się do uroczej ekspedientki. Czekając przy ladzie, aż napełni kubek kawą, zerkam na ulicę. Jest piękny, wiosenny, słoneczny poranek. W dni takie jak ten, chce się żyć. Jest jednak na tyle wcześnie, że na ulicach prawie nikogo nie ma. Wyciągam rękę po kubek i papierową torebkę z ciastkiem. Dziękuję, odbieram resztę, odwracam się w stronę wyjścia i widzę… Że mój rower zniknął. Wypadam na zewnątrz, rozglądam się wokoło. Nigdzie nie ma sprawcy. Rozpłynął się, razem z moją własnością. Zagryzam wargę. Jestem wściekły i rozgoryczony. Nie wiem, co robić, wszystkiego mi się odechciało. Trzeba by było zgłosić sprawę na policję… Ale czy kogoś obchodzą skradzione rowery? I czy taki rower jest w ogóle sposób odzyskać? Upijam łyk gorącej kawy, opieram się plecami o ścianę cukierni. Wystarczyła jedna, maleńka chwila nieuwagi, którą ktoś wykorzystał. Ktoś, kto ma więcej rozumu niż ja.

 

XXVI. Jack

- Kochasz mnie? – Pyta. Teraz to ja nie wiem, co powiedzieć. Rozchylam bezgłośnie usta. Prowokuje mnie spojrzeniem. Nic z niego nie wyciągnąłem, a sam się obnażyłem. Bez sensu. Pociągam nosem, a Eric wyciąga rękę i obejmuje nią mój kark.
- Naprawdę? – Pyta znów. Uśmiecha się, a ja odchylam w tył głowę i rozpływam się pod jego dotykiem. Chciałbym umieć po prostu odpuścić.
- Powiedz. – Prosi. Zamykam oczy, parskam śmiechem. Nie. Nie dam się omamić.
- Ty bez przerwy traktujesz to jak żart! – Stwierdzam. Odsuwam się.
- Daj spo…
- Może lepiej będzie jak zamieszkam w domu po matce i znajdę sobie kogoś normalnego?
- Młody! Nie ufasz mi, chociaż uratowałem ci życie, przyjąłem cię pod swój dach i utrzymuję cię, chociaż sam nie wiem, dlaczego!
- Kocham Cię. Tak! Kocham, a ty masz ubaw. Nie wchodzę w to! Zbliżysz się do mnie, narobisz nadziei, a potem wrócę do punktu wyjścia. Mam w dupie taki układ! I wolę być nieszczęśliwy niż niepewny niczego! – Mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. Wyciąga ręce, ale go odtrącam.
- Spokojnie. – Mówi do mnie, jak do psa. Nie będę spokojny! Jestem wściekły. Mam wrażenie, że zaraz przekroczę jakąś niewidzialną granicę, zabiorę swój marny dobytek i pójdę stąd w cholerę. Chwyta mnie za ramiona, próbuję się wyrwać, bo w tej chwili naprawdę mam go dość, bo nie da się z nim gadać jak z człowiekiem. Miotam się, więc łapie mnie za nadgarstki, żeby mnie unieruchomić. Zostaje mi tylko kopanie i odwracanie wzroku, bo wpatruje się we mnie uparcie, jakby oczekując kolejnych deklaracji.
- Hej. Nie wariuj. – Prosi. Jestem zupełnie bezsilny. Wściekłość zastępuje kompletna obojętność i mam wrażenie, że naprawdę oszaleję. Eric obejmuje mnie pospiesznie, bojąc się zapewne, że zdążę uciec. Trzyma mnie w ramionach, kołysząc jednostajnie, delikatnie na boki. Emocje we mnie buzują, słyszę pęd własnej krwi w skroniach, mam wrażenie, że rozsadzi mi umysł. Eric coś do mnie szepcze, ale nic nie słyszę. Zaciskam powieki i próbuję uspokoić oddech. Znowu kręci mi się w głowie. Eric przez cały czas głaszcze mnie po plecach.

XXV. Eric

- Mogę o coś spytać? – Pyta młody, gapiąc się w talerz i grzebiąc widelcem w ryżu. Od rana jest jakiś dziwny, jakby zmieszany, zagubiony. Nie wiem, może nadal męczy go ból głowy…
- Jasne. – Rzucam z uśmiechem.
- Czy pan… Czy my… To jest na poważnie? – Wypuszcza głośno powietrze ustami.
- Co?
- Czy my jesteśmy razem? – Pyta. Nie wiem co powiedzieć. Patrzę w skupieniu w jego zielone oczy, oblizuję usta. Wiedziałem już wcześniej, że dzieciak się angażuje, ale nie chcę go zranić.
- Nie wiem… Nie wiem, co powiedzieć. – Wyłamuję palce, wpatrując się w stół. Czuję na sobie wzrok Jacka.
- Jeżeli nie chcesz i po prostu… Nie ma… Nie wiem, jak to ubrać w słowa…. Jeśli cię nie interesuję, nie chcesz nic próbować, to powiedz. Nie jestem desperatem i stalkerem. Jeśli odmówisz nie będę cię prześladował i podrzucał anonimów. Nie rzucę się z tego powodu z dachu. – Mówi. Chyba mu nie wierzę. I w jakiś dziwny, irracjonalny sposób zależy mi na jego szczęściu.
- Ja… Nie wiem. Daj spokój. – Powtarzam. Wzdycham głośno. Dzieciak cały czas się na mnie gapi, przenikliwym spojrzeniem zielonych oczu.
- Możemy… Możemy spróbować, naprawdę, ale… Dla mnie to… – Plączę się. Nie wiem jak mam ubrać w słowa to, co czuję. W sumie nawet nie wiem, co czuję…
- Nie traktujesz tego poważnie? Nie traktujesz mnie serio? – Pyta. Przecież nie przyznam mu racji.
- Możemy porozmawiać o tym kiedy indziej? – Odpowiadam pytaniem na pytanie.
- A list?
- Jaki list? – Marszczę brwi.
- Ten w żółtej kopercie. Od kogo był?
- To było ze sto lat temu! Nie mam pojęcia.- Kręcę głową.
- Przecież wczoraj na ten adres przyszedł dokładnie taki sam. Znalazłem go w kuchni.
- Grzebiesz mi w rzeczach? – Potrząsam z niedowierzaniem głową. Nie chodzi nawet o ten list, ale o sam fakt zaglądania do korespondencji.
- Leżał na wierzchu, wyglądał identycznie… Kto go przysłał?
- Skąd mam to wiedzieć?
- Ktoś musi wiedzieć!
- Chyba tylko ten, kto je rozsyła. – Rzucam. Gówniarz zaczyna mnie irytować. Nieustannie szuka problemu. Zabieram talerze, zgarniam resztki do kosza na śmieci.
- Porozmawiaj ze mną. – Jack mówi stanowczo, niemal mi rozkazuje, staje obok mnie.
- O czym?
- Nie wiem. Otwórz się jakoś, zdradź co czujesz. Nawet nie wiesz, jak strasznie się czuję ze świadomością, że ktoś, kogo kocham, ma mnie kompletnie gdzieś. – Jęczy rozpaczliwie. Zakręcam wodę.
- Co powiedziałeś?
- Co?
- Powtórz. – Staję naprzeciw niego.
- Że jestem nieszczęśliwy i czuję się odrzucony. – Mówi. Wpatruję się w jego oczy.
- Nie o to chodzi. – Odpowiadam i kręcę powoli głową. Młody zagryza wargę.
- Że… Że cię kocham?

XXV. James

Kiedy Patrick wraca z pracy, wyciąga mnie na obiad do jakiegoś bistro. Nie potrafię się na niego gniewać, nawet mimo to, że nie do końca mu ufam. Czuję się po prostu niesprawiedliwie, bo widzę, że naprawdę mu zależy. Idę teraz u jego boku, najedzony, spokojny i nawet w jakimś stopniu szczęśliwy. Idziemy ramię w ramię, dłoń Patricka przypadkiem ociera się o moją, więc szybko się odsuwa. Pragnę go nadal rozgryźć, poznawać jego reakcje. Obejmuję go w pasie. Nie protestuje, ale czuję, jak napięte jest jego ciało. Boi się mnie? Może myśli, że przez wypadek nie jestem tym samym człowiekiem? Może byłem inny, o czym mi nie mówi? Do domu docieramy w milczeniu. Zamykam drzwi na klucz, odwieszam płaszcz i patrzę na niego z uśmiechem, gdy wyplątuje się z szalika. Kładę mu dłonie na ramionach, obracam go przodem do siebie. Zdejmuję szalik z jego szyi spokojnym gestem. Tęczowy, niezmiernie kiczowaty. Podaję mu go i tkwimy tak, bez ruchu, wpatrując się w siebie z uchylonymi ustami. Patrick wyciąga drugą rękę. Przesuwa palcami po moim policzku, po zarysie szczęki, śledzę każdy jego ruch. Pachnie orientalnymi przyprawami, którymi przesiąknięte było wnętrze lokalu. Uśmiecha się. Ma piękny, szczery uśmiech… Przysuwa się do mnie minimalnie, przez co niemal stykamy się nosami. Jego kolano ląduje między moimi nogami, nie ma między nami wolnej przestrzeni. Dzielimy się oddechem, zaciskając palce na szaliku, jakby był naszym spoiwem. Jakby wraz z rozluźnieniem uścisku wszystko miało prysnąć. Nie śpieszymy się. Patrick patrzy mi w oczy, choć nie wiem, czy naprawdę tego chce. Jest dla mnie nieodkryty…. Powolnym, spokojnym ruchem zsuwam z jego ramion ciężki, czarny płaaszcz, przez co puszcza na moment moją dłoń. Przechodzi przeze mnie elektryczny impuls. Szalik ląduje, wraz z płaszczem, na komodzie za jego plecami, a Patrick opuszcza ramiona wzdłuż ciała. Widzę jak jego klatka piersiowa unosi się z każdym oddechem i dopiero teraz go całuję. Obejmuje kurczowo rękami moje plecy, kiedy sięgam ustami jego ust, szukając drogi wyzwolenia emocji. Nie wiem, czy to właściwe, ale czuję że inaczej nigdy go nie poznam, nigdy nie dowiem się niczego i nigdy nie pozbędę się strachu. Patrick nie próbuje uciec. Wciąż jest w nas jakieś przerażenie, desperacja. Obejmuję dłonią jego policzek. I wtedy rozdzwania się mój telefon. Atmosfera gdzieś momentalnie pryska, jak bańka mydlana. Nie wiem, jak zareagować. Patrick się odsuwa, parska śmiechem i prosi, żebym odebrał. Dzwoni Marjorie, odpowiedzialna za promocję książki. Przypomina mi, że książka pojutrze trafi do sprzedaży, a za tydzień zaczynamy ją intensywnie promować. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Musi mi przypominać akurat w tej chwili? Wysłuchuję litanii nakazów i terminów, wymienianych przez porządną, poukładaną Marjorie, a Patrick odrywa się od ściany, całuje mnie bezgłośnie w policzek i wychodzi do pokoju. 

XXV. Victor

- Mogę cię o coś spytać? – Szepczę, leżąc w łóżku, obok Montgomery’ego i gapiąc się w jasny sufit. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło. Ja chyba śnię….
- Tak?
- Nie. Jednak nie.
- Pytaj!
- Nie.
- Vic!
- Nie mów do mnie Vic. – Warczę. Wzdycha.
- Mów. – Rozkazuje. Trochę mi głupio, ale nie spocznę, jeśli się nie dowiem.
- Czy ty… Masz swoje zęby? – Pytam, a on wybucha śmiechem. Co w tym jest zabawnego?
- Jesteś niesamowity, Vic! – Niemal turla się ze śmiechu.
- Już o nic więcej cię nie spytam, bo jesteś niepoważny. – Oświadczam. Zapada cisza, przerywana tylko krótkimi parsknięciami jego śmiechu.
- Chcesz być… Seksownym drwalem? – Pyta niespodziewanie Monty. Co? Słyszałem o różnych przebierankach w łóżku, zabawach na przykład „w lekarza”, ale farma?!
- Co? – Marszczę brwi.
- No wiesz… Broda, hipsterzy…
- Nie. Ja jestem po prostu niesamowicie seksownym sobą. – Odpowiadam, patrząc mu w oczy. Mam ogromną ochotę go pocałować, ale przecież tego nie zrobię, bo jest skończonym fiutem. I żaden seks tego nie zmieni. Zapada cisza.
- Skąd to? – Pacam palcem niewielki tatuaż na jego brzuchu. Kiczowaty i dziecinny – uśmiechnięta emotikona.
- Symbolizuje moje nowe życie. – Odpowiada. Jaki melodramat…
- Co się w nim zmieniło?
- Udało mi się sporo schudnąć. – Informuje. Jemu? Wkręca mnie. Przecież jest doskonały. W sensie… Ogólnym. Nie, że dla mnie jest doskonały…
- Ważyłem kiedyś sporo ponad górną granicą odpowiednią dla wieku. Ale zdeterminowałem się, bo wiedziałem, że mimo tego co wmawia telewizja, grubi mają pod górkę. Byłem pewien, że nie odniosę sukcesu, jako gruby pedał z biednego domu. Wziąłem się więc ostro do pracy i oto jestem! – Uśmiecha się. Zawsze myślałem, że Monty ma wszystko. Że jest zarozumiałym, wymuskanym synkiem bogatych rodziców, którzy kupili mu sztuczne zęby… Odwracam się na plecy. Montgomery się przysuwa, gładzi moje ramię.
- Czyli nie udało ci się znaleźć pracy. – Bardziej stwierdza, niż pyta.
- Nie.
- Na pewno dasz sobie radę. Jesteś wykształcony, inteligentny i masz doświadczenie. Musisz tylko uwierzyć w siebie i przestać myśleć negaty…
- Jesteś lizusem. Masz w tym tytuł mistrza.
- Naprawdę tak sądzę. Wiesz co? Myślę, że nie możesz stworzyć stabilnej relacji, bo trafiasz na niewłaściwych mężczyzn. Nie możesz wiązać się z kimś słabym, nieśmiałym i uległym. Potrzebujesz kogoś, kto cię ujarzmi, kto będzie dla ciebie podporą, ale zrozumie i nie da się wgnieść w ziemię.
- Gdzie ty się tego nauczyłeś? Czytasz poradniki typu „Bóg cię kocha”, albo „Twoje życie zależy od ciebie”, czy coś? A może oglądasz nocami telewizyjnych wróżbitów?
- Ale powiedz, nie jest tak? – Pyta. Nie odpowiadam. Wkurza mnie. Mam go dość. Wstaję, strącając z siebie jego ramię. Wzdycha, chichocze. Chyba bawi go moja reakcja. Podnosi się do siadu, patrzy, jak się ubieram.
- Zrobisz coś dla mnie? – Pyta, siedząc po turecku na łóżku. Wyciągam spod niego mój pasek. Spod łóżka, nie spod faceta!
- Nie. – Rzucam. Montgomery grzebie w szufladzie.
- Proszę. – Wyciąga w moją stronę rękę z jakimś świstkiem. Wizytówka? Zerkam.
- Co to? Psychoterapia? Nie jestem psycholem…
- Masz problem z emocjami…
- I przywłokłeś mnie tutaj, żeby mi to powiedzieć? Dziękuję za diagnozę, Freudzie. Za kolację broczącą krwią i tamtą, wątpliwej jakości przyjemność też. – Mierzę go wzrokiem. Wsuwam kartkę do tylnej kieszeni spodni.
- To by ci naprawdę pomogło. Wygadanie się.
- Umiem sam radzić sobie ze swoimi problemami. – Odpowiadam z przekonaniem. Znowu udało mu się mnie wkurzyć! Mam nadzieję, że nic już nie powie. Patrzy na mnie z politowaniem i smutkiem.
- Nie gap się na mnie, bo tak naprawdę gówno o mnie wiesz. – Warczę, nie patrząc na niego i nie czekając na odpowiedź, odwracam się na pięcie, po czym opuszczam z hukiem jego mieszkanie. Świeci słońce. Robi się coraz cieplej. Wiatr szarpie połami mojego płaszcza, kiedy wściekły idę przed siebie, z rękami w kieszeniach. Docieram do domu w ciągu pół godziny. Wściekły i zniechęcony. Po drodze zabieram korespondencję z wypchanej do granic możliwości skrzynki na listy. Wchodzę do mieszkania, rzucam papiery na komodę, stojącą w przedpokoju. Kiedy zdejmuję buty, mój wzrok pada na małą, żółtą kopertę, która spadła ze stosu większych. Sięgam po nią, wysypuję świstek ze środka. Odczytuję zapisane równym pismem: „Piszę tych kilka słów tylko po to, by ci powiedzieć, że cię kocham. Podpisane: Ty wiesz kto”. Wywracam oczami, prycham sam do siebie, zgniatam kartkę w kulkę i przechodząc przez kuchnię wrzucam ją do kosza.

XXV. Patrick

Kiedy wchodzę rano do kuchni, James siedzi na parapecie, z laptopem. Wiem, że źle go potraktowałem i powinienem go ugłaskać. W sumie naprawdę zależy mi na jego szczęściu. Podchodzę do niego, obejmuję ramionami jego kark.
- Cześć. – Mówię. Zamyka laptopa. Widzę, jak krople wody z moich włosów skapują na jego szyję i spływają po skórze. Wstaje bez słowa, zostawiając komputer.
- Przepraszam za wczoraj. – Szepczę.
- Jest mi zwyczajnie przykro. – Mówi, bardziej do siebie niż do mnie i siada za stołem.
- Za tydzień twoja powieść trafi na półki. Czy to nie wspaniałe? – Nadal próbuję nawiązać konwersację, ale James jest jak ściana. Bezemocjonalny i nieprzenikniony.
- Porozmawiaj ze mną, przecież przeprosiłem. Po prostu mam za dużo na głowie. – Siadam obok niego. Spogląda na mnie.
- Nie odtrącaj mnie. – Prosi.
- Nie odtrącam. – Zaprzeczam odruchowo, ale wiem, że to może być początkiem bezsensownej i niedojrzałej kłótni. Nie widziałem, że tak szybko zdołam go uspokoić. Chyba jemu z nas dwojga zależy bardziej, dlatego tak szybko odpuścił. Gdyby Victor się na mnie obraził, okrążałby mnie ostentacyjnie w odległości dwóch metrów i musiałbym stanąć na głowie, a przynajmniej wynająć śmigłowiec… Mojej relacji z Jamesem brakuje spontaniczności, ale nie umiem się odważyć. A nie jestem w stanie siedzieć z nim tutaj do usranej śmierci w milczeniu i przerażeniu. Nie wyobrażam sobie tego. Coś musi ruszyć naprzód, albo zwariuję bez reszty.
- Wyjdziemy gdzieś dzisiaj? – Pytam, opierając podbródek na dłoni.
- Znowu eskapada do lasu? – Unosi jedną brew, paznokciem żłobiąc bruzdę w blacie.
- Wymyślę coś. – Uśmiecham się. Siedzimy obok siebie i zarówno on, jak i ja, czujemy się nieswojo. Wyraźnie to czuję. Mam wrażenie, że zacznę się trząść. Postanawiam więc wstać, wyjść, wysuszyć włosy i się ubrać. Wiem, że to znowu wygląda jak ucieczka, ale lęk i ciężka atmosfera mnie przytłaczają. Mogę z nim gadać, ale nie umiem do końca z nim żyć. Gubię się w przecznościach, wpadam w paranoję. James jest dobrym człowiekiem, ale… Sam nie wiem. Gapię się na swoje lustrzane odbicie. James staje w drzwiach, więc widzę teraz też jego. Jasne, kręcone włosy sterczą mu na wszystkie strony.
- Już wychodzę. – Mówię, spuszczam wzrok.
- Nie musisz. – Potrząsa głową.
- Muszę. Praca czeka. Wezmę po drodze pocztę. – Mówię, z uśmiechem perfekcyjnej pani domu, zapinam guziki kraciastej koszuli i wymijając go w drzwiach wyłażę do przedpokoju. Czuję, że przez cały czas się na mnie gapi. Kiedy wychodzę rzucam tylko krótkie „Pa” i zbiegam po schodach. Ze skrzynki wyjmuję cały plik listów. W oczy rzuca mi się nieduża, żółta koperta. Pozostałą korespondencję wrzucam do torby przerzuconej przez ramię, a tę najmniejszą, niezaadresowaną otwieram. Wyjmuję ze środka niewielką, białą kartką, z napisanymi równym pismem paroma słowa: „Piszę tych kilka słów tylko po to, by ci powiedzieć, że cię kocham. Podpisane: Ty wiesz kto”. Zatrzymuję się na chwilę. Kto mógłby to napisać? Z pewnością nie James, a ludzie zza grobu też nie przesyłają miłosnych wyznań. Może to jakiś świr, który chce, żeby James oszalał, bo marzy mu się medialna sensacja? Ale to nie ma sensu. Wtedy takiego samego listu nie dostałbym ja…. Zaciskam usta w wąską kreskę, wpatruję się w zdanie, jakbym chciał zobaczyć gdzieś ukrytą treść. W końcu otwieram drzwi do piwnicy, list, wraz z kopertą dorzucam do sterty gratów w kartonie, po czym zabieram rower. Wychodzę przed budynek. Auto Victora stoi na parkingu, odruchowo zadzieram głowę i spoglądam w jego okno. Ciemno. Czyli nie ma go w domu… Ale auto zostało. Dziwne… Wskakuję na rower i ruszam przed siebię. W drogę!

XXV. Jack

Budzę się, kiedy ból głowy ustaje. Jest środek nocy i panuje kompletna, niezmącona ciemność. Chyba źle się zachowałem w stosunku do Erica… Wzdycham. Problem goni problem. Kocham go tak bardzo, że to aż boli. A może boli poczucie odrzucenia i niezrozumienia? Bo nadal nie wierzę w to, że on traktuje mnie poważnie, a boję się powiedzieć cokolwiek wprost. I przez to cierpię, bo jestem z tym sam. Nie mogę zasnąć. Wstaję i po cihu, po ciemku, po omacku, docieram do kuchni. Gapię się w nocne niebo za oknem, nalewając wody do szklanki. Jasne światło wielkiego księżyca oświetla fragment stołu. Wpatruję się w niego tępo przez moment i dopiero po chwili dostrzegam leżące na nim koperty. Stos listów. A na samym wierzchu niewielka, żółta koperta. Jestem przekonany, że gdzieś, kiedyś taką widziałem. Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, mój umysł nie działa całkiem trzeźwo, nie umiem sobie przypomnieć… Nagle do mnie dociera. Wiem, gdzie i kiedy widziałem taką samą kopertę. Odstawiam szklankę na stół. Rozsądnie, powoli, nie robiąc hałasu, dopadam do blatu, sięgam po kopertę, wyjmuję list. Mrugam kilkukrotnie. Zastanawiam się, czy to jednak nie sen. Na białej kartce widnieje tylko jedno, znajome mi zdanie: „Piszę tych kilka słów tylko po to, by ci powiedzieć, że cię kocham. Podpisane: Ty wiesz kto”. Kto to napisał i o co w tym wszystkim chodzi? To znowu jakiś dziwny pomysł Felixa? Czy to znaczy, że wie, gdzie teraz mieszkam? Może wie też, że zgłosiłem wszystko na policję i zapragnie zemsty? Świat przestaje się kręcić, a ja przestaję oddychać. Kiedyś oszaleję z ciągłej niepewności. Jakbym żył pod ostrzałem! Widzę że dłoń, w której trzymam list drży. Nie wiem, czy ze stresu. Chwytam ją drugą ręką, ale się nie uspokaja. Palce nadal dygoczą, jak rażone prądem. Próbuję je rozprostować, ale ręka sztywnieje. Wpatruję się w skupieniu w swoją dłoń. Nie wiem, co się dzieje. Trochę tak, jakby to nie była moja kończyna… Nie mogę jej kontrolować. Zastanawiam się, czy aby na pewno nie śpię. Zagryzam wargę, niemal do krwi. Czuję. Ale nie czuję prawej ręki. Poruszam nią w górą i w dół, próbując odgonić nieznośne mrowienie. Odkładam drugą ręką list na miejsce, gaszę światło i po omacku wracam na kanapę. Zwijam się w kłębek na boku, lewą dłonią masując prawą. Drętwienie i drgawki nie ustają. Denerwuje mnie to, że nie umiem temu zaradzić. Wpatruję się w ciemność rozszerzonymi źrenicami i przez cały czas myślę o liście. Na niebie za oknem świeci jasny, ogromny księżyc.

XXIV. Eric

Spoglądam na plakietkę przy fioletowej koszuli, stojącej za ladą kobiety. Marisa. Ładne imię.
- Czy można na wynos? – Pytam.
- Taaa… – Kiwa powoli głową i gapi się na mnie wyczekująco. W kolejce za moimi plecami stoi już sporo osób.
- To ja… Poproszę te babeczki. – Wskazuję palcem, starając się nie dotykać szyby. Przywykłem do tego, że szklane lady w sklepach, to świętość największa. Płacę prędko kartą, odbieram od babki różowy karton i znikam czym prędzej, odprowadzany wzrokiem przez wściekły tłum, stojący za mną od trzydziestu minut. Skoro młodemu aż tak bardzo zależy na tych randkach, poświęceniach i innych pierdołach, to niech mu będzie. Śnieg zaczyna topnieć, w powietrzu czuć powoli pierwsze oznaki wiosny. Do domu docieram pieszo, dość szybko. Włażę na górę, kieruję się natychmiast do pokoju dziennego, widzę, jak młody leży skulony na kanapie, z otwartymi oczami i podręcznikiem w ręku. Patrzę na to z przerażeniem.
- Coś się stało? – Pytam.
- Nie. Tylko głowa mnie boli i …. Troszkę mi niedobrze. Może przez pizzę? – Pyta. Wzruszam ramionami, ale robi mi się przykro. Jeśli zawiniła pizza, to po części i ja…
- Czyli nie zjesz babeczki? – Pytam. Podnosi się do siadu.
- Pokaż. – Wskazuje ruchem głowy pudełko. Podaję mu je, a sam idę do łazienki. Kiedy rwracam, młody siedzi na kanapie, z głową przy kolanach.
- Co jest? – Pytam. Zaczynam się naprawdę bać.
- Nic. Mówiłem, że boli mnie głowa, powinno zaraz przejść. – Oddycha głośno przez nos.
- Miałeś już tak kiedyś? – Siadam obok, dotykam jego pleców. Człowiek ledwo wróci z pracy, a już się musi denerwować!
- Daj spokój.
- Chcesz jakąś tabletkę przeciwbólową? – Pytam z troską. Nic nie mówi. Naprawdę zaczynam się o niego bać. Przez tak długi czas mieszkałem sam i nie byłem za nikogo odpowiedzialny, a przy okazji miałem chociaż spokój. A teraz? Oszaleć można!
- Przyniosę ci chociaż wody. Długo już cię boli?
- Nie wiem. Jakiś kwadrans. Daj spokój, nie umieram przecież. Ciebie nigdy głowa nie boli?
- Boli, ale się przy tym nie zwijam w paragraf. – Odpowiadam. Gromi mnie tylko spojrzeniem zielonych oczu i nic już nie mówi. Wracam prędko, ze szklanką wody i stoję nad nim, patrząc z bólem.
- Daj mi żyć. Od twojego patrzenia mi nie przejdzie. Chyba, że jesteś jakimś magikiem z Ukrainy, co to leczy wzrokiem. – Mamrocze. Od kiedy on się taki pyskaty zrobił?
- Dasz sobie radę? Jesteś pewien? – Dopytuję, znów siadam obok. Odstawia szklankę.
- Tak. – Rzuca, kładzie się ponowie na boku, z podkurczonymi nogami. A miało być kiczowato i romantycznie. Gdybym wiedział, że młody ma migrenę, to bym nie wystawał przez stulecia w cukierni, jak ostatni idiota. Wzdycham, klepię go po łydce i wychodzę, zabierając ze sobą ciastka. No przecież nie pozwolę, żeby się zmarnowały. Zamykam się z nimi w sypialni, bo nie chcę przeszkadzać dzieciakowi. Teraz już wiem, że lepiej z nim nie zadzierać, kiedy coś go boli, bo robi się dziwnie drażliwy. Siedzę na łóżku i przeglądam wszystkie najbardziej debilne strony internetowe świata, żrąc babeczki. Życie to jest jednak naprawdę popierdzielone i prawie nigdy nic nie wychodzi tak, jak sobie zaplanowaliśmy. A ja się albo starzeję, albo mi odbija, bo snuję filozoficzne przemyślenia. Spoglądam niepewnie na babeczkę. Nie no… Niemożliwe, żeby tam coś było dosypane.

XXIV. James

Patrick jest dziwny. Jest szalenie nietypowym, zamkniętym w sobie, podejrzanie emocjonalnym człowiekiem. Jakby coś ukrywał. Reaguje niestandardowo. Leżę obok niego i gapię się w sufit. W sumie nie wiem, czy go kocham. Poczułem się zobowiązany, kiedy wtedy pojawił się w drzwiach szpitalnej sali. Posklejałem fragmenty w całość i to wydawało się logiczne. Wzdycham. W sumie jest interesującym człowiekiem, ale żeby to miało sens, muszę go poznać. A on się poznać nie daje. Odwracam się na bok, wpatruję się w jego spokojny profil. Przez okno wpada jasna, księżycowa łuna. To wszystko jest przeraźliwie skomplikowane. Żyjemy jak dwaj szaleńcy, bo nie sposób się z nim porozumieć. Powoli podnosi powieki, mruga kilkukrotnie, spogląda na mnie zaspanym wzrokiem.
- Dlaczego nie śpisz i się na mnie gapisz? Jest środek nocy. – Mamrocze. Uśmiecham się tylko. Wygląda tak uroczo i niewinnie, wyrwany ze snu.
- Śpij. Nic mi nie jest. – Szepczę, dziwnie zachrypniętym głosem. Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, a potem zamyka oczy. Człowiek we śnie jest zupełnie spokojny i bezbronny, w zasadzie nie narażony na nic. Czasem chciałbym przespać życie. I nie musieć się martwić niczym. Zastanawiam się niekiedy, czy pragnę powrotu do przeszłości, do tego, co było przed dwoma laty… A co, jeśli to było złe? Jeśli ten okres był smutny, albo nie wart zapamiętania? Odwracam się plecami do Patricka, patrzę na zegar, ale w ciemności nie dostrzegam godziny. Zrezygnowany zamykam oczy i wreszcie, po długiej nocy rozmyślań, udaje mi się zasnąć. Jednak wciąż targa mną jakiś niezrozumiały, wewnętrzny niepokój, poczucie osaczenia i niezrozumienia. Tak, jakby Patrick naprawdę wcale nie był nikim mi bliskim, ale jakimś oszustem, zupełnie obcym człowiekiem, który zapragnął mną manipulować. Ale przecież to okrutne i niemożliwe .Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach….

XXIV. Victor

Siedzę w cholernie drogiej, eleganckiej, snobistycznej restauracji naprzeciw Monty’ego i klnę w duchu. Mam wrażenie, że trafiłem do innego świata, pełnego bogatych ludzi w drogich graniturach, z wielkim logo na metce. Gapię się w menu. Wszystko brzmi dla mnie kompletnie obco i niezrozumiale. Nieporozumienie. Podnoszę głowę. Stoi nad nami kelner w granatowej kamizelce i śnieżnobiałej koszuli.
- Zdaję się na ciebie. – Mówię do towarzysza i zatrzaskuję jadłospis, a on wypowiada jakąś niezrozumiałą nazwę. Cholera wie, co przyniosą. Montgomery uśmiecha się wszystkimi zębami. Mogłem tu nie przychodzić.
- Co u ciebie? Jak sufit? – Pyta. Gówno cię to obchodzi!
- Czekam na majstra. – Odpowiadam grzecznościowo. Po kilkunastu minutach wraca kelner z dwoma nakryciami i stawia przede mną jeden talerz. Mrozi mi krew w żyłach. Widzę praktycznie krwawiące, różowe mięso, obok liścia roszponki.
- Co to? – Pytam. Kto zdrowy na umyśle je prawie surowe mięso?
- Perliczka. – Odpowiada Monty i konsumuje swojego łososia. Jestem poinformowany, ale mimo wszystko mnie obrzydza. Nie zjem tego. Powstrzymuję się przed odsunięciem talerza.
- Jak ci się wiedzie? – Pyta. Co on taki ciekawski?
- W porządku. Daję radę. – Odpowiadam. Przecież się nie przyznam, że niedługo umrę z głodu. Obracam widelcem w kleksie zrobionym z konfitury z cebuli i gapię się na roszponkę. Kelner przychodzi z winem, ale wolę nic nie pić przy nim. Siedzę więc, nic nie jedząc i nie pijąc. I nie mówiąc…
- Co się dzieje? Źle się czujesz? – Pyta Montgomery, wkładając do paszczy kęs łososia.
- Nie. Nie wiem. – Prostuję się na krześle. Żarcie okazało się do dupy, to może by tak wyjść do toalety i się zmyć? Z głodu zżeram ozdobę z talerza. Nie wiem ile czasu minęło od przyjścia… Chyba wieki.
- Coś nie tak? – Pyta po raz kolejny Montgomery. Nie mam sił i ochoty z nim gadać. I wciąż nie mogę na niego patrzeć, choć nie wiem do końca, dlaczego.
- Jesteś szczęśliwy? – Przechyla głowę. Co to za pytanie? I to w miejscu publicznym? On się znowu w psychologa bawi?
- Nie wiem. – Mamroczę. Czuję się nieswojo. Zaraz jeszcze pewnie spyta, co sądzę o holocauście i czy chcę mieć dzieci. Nie drąży tematu.
- Pojedziemy do mnie? Ty nie masz kasy i…
- Skąd wiesz, że nie mam kasy? – Wchodzę mu w słowo. Unosi jedną brew.
- Do tego masz niezrobiony sufit. U mnie wszystko jest w miarę normalne. Tam możemy na spokojnie pogadać, a ja, nie chwaląc się, całkiem dobrze gotuję i może udałoby mi się czymś trafić w twój gust, bardziej niż tym. – Wskazuje ruchem głowy nakrycie.
- Chcesz mnie utrzymywać? – Parskam.
- Nie. Chcę cię uszczęśliwić.
- Dlaczego?
- Nie wiem, Vic. Chyba chcę, żebyś uwierzył, że ktoś może chcieć cię poznać, że jesteś wartościowym człowiekiem. Bo wydaje mi się, że tak naprawdę wcale w siebie nie wierzysz i skrywasz jakieś cierpienie. – Dopija swoje wino. Filozof zasrany…
- To co? Idziemy? – Pyta. Kusi. Dobra, mogę pójść. Przecież mnie nie zabije, a do gadania mnie nie zmusi. Wychodzę sam, gdy Montgomery płaci za posiłek, ale nie odchodzę, czekając przed restauracją. Na niebie lśni już księżyc. Monty wychodzi, stawia kołnierz płaszcza, uśmiecha się. Pewnie myślał, że zwieję. Sam tak myślałem…

XXIV. Patrick

- Nie wiem, dlaczego to dla ciebie robię. – Warczy Vic, kiedy otwiera przede mną drzwi piwnicy.
- Bo mnie kochasz. – Odpowiadam, gaszę światło i wychodzę z pomieszczenia.
- Nie.
- Bo mieszkasz niedaleko? A klucz zostawiłem w drzwiach? – Drążę.
- Ciesz się, że w ogóle odebrałem od ciebie telefon. Odwdzięczysz mi się kiedy indziej. Spieszę się. – Oświadcza.
- Randka? – Rzucam.
- Nie interesuj się. – Warczy i wychodzi z budynku. Nic już nie mówię. Patrzę przez moment jak odchodzi i windą jadę na górę. Tak będzie zawsze szybciej. Po chichu wchodzę do mieszkania, nie wiem, czego się spodziewać. Zaglądam do salonu i widzę, że James śpi, skulony na kanapie. Pisze po nocach, to teraz odsypia. Dobrze, może nie zauważył że mnie nie było?
- Hej. – Szepczę, kucając obok niego. W powietrzu unosi się zapach starych książek i chyba wanilii. Podnosi powieki, mruga kilkukrotnie.
- Jesteś w domu. – Uśmiecha się lekko. Dotykam opuszkami palców jego policzka. Powoli podnosi się do siadu, przeczesuje włosy ręką.
- Gdzie byłeś? – Pyta, marszczy brwi. Wypuszczam głośno powietrze ustami.
- W kwiaciarni. – Odpowiadam pewnie.
- Przepraszam, jeśli cię zmartwiłem. – Dodaję i kieruję się do łazienki. Stoję nad zlewem, myśląc o Victorze. Gdyby nie on musiałbym wygryźć dziurę w tych drzwiach.
- Coś cię trapi? – Słyszę głos Jamesa. Nie zauważyłem, kiedy wyrósł za moimi plecami. Potrząsam głową i wycieram dłonie w ręcznik. Kiedy chcę wyjść z łazienki zagradza mi przejście i gapi się na mnie w skupieniu.
- Możesz mi powiedzieć, jeśli coś cię trapi. Przecież mi ufasz. – Mówi. Ufam mu? Boję się, że mnie przekona, że wszystko wyznam. A tego nie przeżyję.
- Po prostu jestem zmęczony. Przepuść mnie. – Proszę. Odsuwa się, a ja idę do kuchni. Czekając aż kawa się zaparzy wpatruję się w okno, widząc jak Vic wyjeżdża z osiedla.
- Tęsknię za tobą. – Odzywa się melodramatycznie James. Rozczochrany siada za stołem. Nie proponuję mu kawy, bo już wiem, że on jej nie pija.
- Nie mogę zamknąć kwiaciarni. – Stwierdzam. Wzdycha.
- Przecież wiesz, że nie o tym mówię.
- Nie mam czasu, który mógłym ci poświęcić, a ty nie jesteś dzieckiem. – Oświadczam. Patrzy na mnie z wyrzutem i niezrozumieniem. A co mam mu powiedzieć? Co mam zrobić? Nie umiem aż tak się poświęcić dla człowieka, który tak naprawdę jest dla mnie obcy. A skoro mi wierzy, powinien zrozumieć.
- Siedzę tutaj całymi dniami i…
- Nikt ci nie każe tutaj siedzieć. Możesz wyjść na zewnątrz. – Odpowiadam. Drażni mnie jego niedojrzałość, przez którą muszę popadać w regularny obłęd. Jestem jeszcze bardziej niepewny wszystkiego.
- Co się z tobą dzieje? – Pyta. Spoglądam na zegar, odstawiam kubek.
- Wybacz. Mówiłem, że jestem zmęczony. Wykańcza mnie stres i te… Problemy z szybą. – Tłumaczę się odruchowo. Wiem, że powinienem stale próbować go oswajać i ugłaskać, ale z drugiej strony to, że jemu na tym zależy, działa mi na nerwy. Chciałbym po prostu wmówić to, bez specjalnego zbliżania się do niego, bo takie sytuacje piorą mi mózg i wykańczają nerwowo. Tak bardzo się boję, że coś odkryje. Nie wiem, co myśleć. Gubię się w sprzecznościach i mam ochotę ryczeć. Chyba mam za dużo na głowie… Zamkną mnie w wariatkowie. Dopijam kawek, opłukuję kubek i wychodzę, zmęczony tkwieniem na stojąco w piwnicy. James już nie mówi ani słowa.

XXIV. Jack

- Było całkiem miło. – Stwierdzam, gdy po godzinie opuszczamy pizzerię. Eric unosi brwi.
- Mogę to uznać za komplement i słowa podziękowania? – Pyta. Uśmiecham się, wbijam wzrok w czubki swoich butów. Wciąż mnie onieśmiela. Wsuwam ręce do kieszeni, zamyślam się. Naprawdę naiwnie wierzyłem, że coś z tego będzie. Że on naprawdę chciał zacząć od nowa…
- Boże, ty jesteś nie do rozgryzienia. – Stwierdza i dopiero teraz dostrzegam, że się na mnie gapi. Wciąż boję się być przed nim szczery. Wydaje mi się, że nie traktuje mnie poważnie. Nie wiem jak zareaguje i obawiam się, że mnie wyśmieje. Więc tłumię i ukrywam w sobie wszystko. To, że za nim szaleję też…
- Czyli zaczynamy od nowa? – Pytam nieśmiało.
- Dotrzymuję danego słowa. – Oświadcza. Wpatruję się w niego. Jest zniewalający. Przynajmniej dla mnie… To chore i żałośnie niedojrzałe. Idę obok niego w milczeniu, do mieszkania wracamy, kiedy się ściemnia. W głowie mam nadal kompletny chaos. Nadal mam wrażenie, że Eric mówi, a robi co innego. Jemu chyba się wydaje, że ja podchodzę do tego tak jak on – na zasadzie żartu i bez zobowiązań. Tylko, że to nieprawda. Nie traktuję tego w ten sposób, choć chciałbym, żeby było inaczej. Zwijam się na swojej kanapie. Nie wiem, czy powinienem sprzedać dom po matce, czy może się usamodzielnić i w nim zamieszkać… Mam wszystkie papiery. W zasadzie to od tygodnia oficjalnie należy do mnie, od chwili, gdy przyszło przypieczętowane pismo. Kurczę, tak nie znoszę dojrzałych, poważnych decyzji. Chyba jednak nie jestem gotowy na tę całą samodzielność. Nasłuchuję odruchowo, jak Eric krząta się po sypialni. Na nic nie jestem gotów. Odwracam się tyłem do okna, wciskam twarz w poduszkę, ale nie mogę spać, przez nadmiar wrażeń i nadmiar natrętnych myśli. Ciekawe, co teraz robi moja ciotka? Jak zareagowała, gdy pojawiła się w szpitalu, a mnie już nie było? Była wściekła? A może rozczarowana? Czy przyjęła to ze stoickim spokojem i po prostu odeszła? Słyszę, że Eric wychodzi z sypialni, więc odruchowo zaciskam powieki, chociaż wiem, że i tak nie będzie sprawdzał, czy śpię. Ale wolę udawać nieprzytomnego, żeby mnie o nic nie pytał. Powiem mu o wszystkim, co mnie trapi, kiedy sam uznam, że nadeszła odpowiednia pora. Jeszcze nie teraz. Kiedyś. Może. Wsuwam dłonie w poszewkę poduszki, przytulam do niej twarz. Co noc wmawiam sobie, że będzie lepiej, bo przecież musi być, ale z każdą mijającą godziną chyba coraz mniej w to wierzę. Wszystko stoi w miejscu i nie wygląda na to, żeby cokolwiek miało się polepszyć. Zaciskam mocniej powieki, kiedy Eric zapala na moment światło, a potem uspokajam się, gdy je gasi i zapada znów gęsta, nie zmącona niczym ciemność. Tak lepiej.

XXIII. Eric

Czyli młody wrócił na dobre. A przynajmniej narazie. Znowu sprząta, angażuje się przeraźliwie we wszystko. Stara się nie włazić mi w drogę, ale siedzi, uczy się i nie odzywa, co mnie irytuje. Mieszka tu, ale jakby go w ogóle nie było.
- Hej! – Wołam. Podnosi wzrok znad książki z wielkim roztoczem na okładce. O czym on się uczy? O insektach?
- Co? – Pyta.
- Przestań się uczyć. Wyjdźmy gdzieś.
- Dokąd?
- Nie do biblioteki. Ani do planetarium…
- To nie idę. – Wzrusza ramionami.
- Kurde, Jack! Wiem, że cię parę… Trochę więcej niż parę dni temu cię pobili, ale w sumie trochę jesteś sam sobie winien, no i tak, czy siak, nie możesz tu nieruchomo gnić. – Oświadczam. Zamyka książkę, gapi się na mnie.
- To już jest bezduszność.
- Jeny! Chodź. Nie możesz przez całe życie uciekać i się ukrywać. Obiecuję że nie będę nikogo podrywać, przynajmniej na twoich oczach. – Mówię. Dzieciak jest urażony. Wstaje, odkłada podręcznik.
- Dobra. Pójdę, żebyś się odczepił.
- Chryste, już myślałem, że planujesz się dożywotnio obrazić. – Wzdycham i kładę rękę na sercu. Klepie mnie po plecach i idzie do łazienki. Czyli może nie jest totalnym świrem… Zerkam jeszcze raz na okładkę podręcznika, wzdrygam się, widząc obrzydliwe roztocze, gapiące się na mnie z morderczym zamiarem. Młody wraca po dwudziestu minutach i oświadcza, że stanowczo odmawia wkładania jakichkolwiek moich ubrań. Bardzo śmieszne! Niech on mnie już nie próbuje drażnić. Poganiam go w drodze do przedpokoju i zabieram go na pieszą wyprawę w stronę pizzeri. Jeżeli liczył na romantyczną kolację przy świetle świec, homara, kino, czy co tam jeszcze, to niestety się przeliczył. Po prostu nudzę się w domu, a nie zostawię go tam samego. Głupio byłoby mi wyjść. To trochę tak, jakbym go ignorował. Idzie obok mnie, z rękami w kieszeniach.
- Jak było na komisariacie? – Pytam.
- Dziwnie. Chyba nie traktowali mnie do końca serio. – Rzuca, gapiąc się chodnikowe płyty.
- Muszą coś z tym zrobić. Zwłaszcza, że w powstaniu fotografii maczał palce ten sam chłopak, który brał udział w pobiciu. To już nie jest nic wielkiego. – Odpowiadam z przekonaniem. Wzrusza lekko ramionami. Chyba już wszystko mu jedno. Chyba nie powinno tak być. Trzeba walczyć. Zatrzymuję się, więc Jack też przystaje. Otwieram drzwi do najmniejszej i najbardziej klimatycznej pizzeri w tym mieście. Spogląda na szyld, uśmiecha się słabo, a w jego zielonych oczach rozbłyskują iskierki. Wchodzimy do środka, lokujemy się w rogu. Oprócz nas jest tu jeszcze jakaś matka z dzieckiem. Odwieszam płaszcz. Młody siedzi naprzeciw mnie. Wyciągam rękę, odruchowo odgarniam mu z czoła kosmyk włosów, a on zagryza wargę, patrzy na mnie wielkimi oczami. Natomiast gówniara się na nas gapi. Czuję to. Czuję na sobie wzrok pięciolatki z warkoczykami i mnie to irytuje. Spoglądam na nią. Patrzę w jej błękitne oczy, utrzymuję kontakt wzrokowy przez kilkanaście sekund. Nie podziałało. Kiedy unoszę głowę, by porozmawiać z kelnerką, wciąż czuję, że dzieciak się we mnie wpatruje. Jakby ją ktoś zahipnotyzował. Matka jej nie nauczyła, że to niekulturalne? Wysoka brunetka w czerwonym fartuszku odchodzi z zamówieniem, a ja zaciskam szczęki, wypuszczam głośno powietrze przez nos i wstaję. Jack podnosi głowę, patrzy na mnie z paniką. Podchodzę do sąsiedniego stolika. Czekam przez chwilę, aż kobieta podnosi wzrok znad smartfona i spogląda na mnie.
- Słucham, coś się stało?
- Może pani ogarnąć swoje dziecko? – Pytam.
- O co panu chodzi? – Jest oburzona, jakbym jej właśnie powiedział, że podłożyłem bombę pod jej taras.
- Pani córka bez przerwy się na mnie gapi.
- To jest małe dziecko. Czego pan chce? – Wywraca oczami. Dzieciak dopiero teraz spuszcza wzrok i zaczyna obracać trzymaną w palcach małą, plastikową świnkę.
- Od kiedy od małego człowieka nie wymaga się dobrego wychowania? Jak pani miała pięć lat to pokazywała pani palcami, gapiła się na wszystkich i robiła pod siebie? – Pytam. Otwiera usta, ale chyba jest w zbyt wielkim szoku, żeby się odezwać.
- Więc niech pani nauczy swoje dziecko podstaw jakiejkolwiek kultury, bo nie słyszę własnych myśli, kiedy ona nieustannie patrzy, jakby próbowała wejść do mojego umysłu. – Dodaję i odchodzę. Teraz dla odmiany gapi się na mnie matka pięciolatki, z szeroko otwartą paszczą, a potem wstaje, ubiera swoją kilkuletnią niewychowaną córkę w różową kurteczkę i wychodzą, bez słowa.
- Wypłoszyłeś klientelę. – Stwierdza nieśmiało Jack. Siadam na bordowej kanapie, naprzeciw niego.
- Nienawidzę dzieciaków, a zwłaszcza tych niewychowanych. – Odpowiadam, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Bez przesady. Popatrzyłaby i przestała.
- Nie przestawała przez trzy minuty. Dłużej bym nie wytrzymał.
- Przesadzasz.
- Daj spokój. – Macham ręką, a do stolika wraca dziewczyna, z pizzą. Więc temat dzieci odchodzi na drugi plan.
- Mało romantycznie. – Mamrocze Jack, oskubując kawałek pizzy.
- Ah… Bo ty sobie wziąłeś do serca to z tym zaczynaniem od zera? – Olśniewa mnie. Młody powoli, niemrawo kiwa głową. Nic już nie mówię.

XXIII. James

Książka w wersji papierowej pocztą, oraz jako plik mailem, poszła do redakcji. Boję się ich reakcji. Mam wrażenie, że odrzucą tekst, że stwierdzą, że to już nie jest to, co było dawniej. Tylko co było dawniej? Z drugiej strony obawiam się tego, co będzie, gdy wydadzą powieść. Trzeba będzie ją promować, rozmawiać z prasą, z czytelnikami, z przeróżnymi ludźmi, którzy zapewne wiedzą o mnie więcej, niż wiem ja. Jak się w tym odnaleźć? Stoję przy oknie. Gapię się w okno mieszkania naprzeciw. Stąd nie ma żadnego innego widoku. Z zamyślenia wyrywa mnie gwizdek czajnika. Wyłączam płytę indukcyjną, zalewam herbatę, siadam samotnie przy stole. Niepewność mnie wykańcza. Zerkam na zegar i zastanawiam się, czemu jeszcze nie ma Patricka. Zawsze wracał dość regularnie, a dziś jakby przepadł. Upijam łyk herbaty, staram się nie nakręcać spirali negatywnych myśli, nie dopowiadać historii. Wciskam własne ciało w krzesło. Powstrzymuję się by wstać i wyglądać co chwila przez okno. Dzwonię, ale nie odbiera. To tylko godzina i kilkanaście minut. Nie zniknął na cały dzień, a ja się i tak martwię. Dopijam herbatę, idę do salonu i ląduję na kanapie, słuchając muzyki z płyt. Staram się być spokojny i nie rozmyślać o niczym rozpaczliwie. Próbuję się skupić na przypominaniu sobie przeszłości. Stale to robię, ale bez jakichkolwiek rezultatów. Może powinienem skorzystać z pomocy specjalisty? Psychiatry? Psychologa? Podobno niektórym ludziom w odzyskiwaniu pamięci pomogła hipnoza. Obracam się na bok, wbijam wzrok w wieżę. Nie chcę zasnąć, bo potem nie będę mógł spać w nocy. Oplatam własne ciało ramionami, wsłuchuj się w dźwięki muzyki, odganiam od siebie wszelkie mroczne scenariusze. Chyba mam skłonność do przesady, o której dotąd nie wiedziałem… Oddycham głośno przez nos. Odwracam się w drugą stronę, wciskając nos w oparcie kanapy, a potem, chcąc nie chcąc, zasypiam. Patricka wciąż nie ma. 

XXIII. Victor

Leżę na podłodze w kuchni, tuż obok wybrzuszonych paneli, wpatrując się w wybrzuszony sufit. Jest w tym coś dziwnie irracjonalnego, a przez to nieco poetyckiego. Jakbym doświadczał czegoś nadludzkiego, niewyobrażalnego. W sumie to nawet jest niewyobrażalne. Nigdy bym się nie spodziewał. Dzwoni mój telefon. Nie chcę się stąd ruszać. Czekam. Na śmierć, albo na speca. Cokolwiek się pojawi pierwsze. Zamykam oczy, ale komórka wciąż dzwoni i wibruje wściekle, wędrując po stole, przez co nie mogę się skupić na własnej beznadziejności. Wstaję, ściągam telefon z blatu, odbieram.
- Halo? – Pytam, lądując ponownie na podłodze.
- Cześć. – Odzywa się Montgomery. Jeny, on? Prześladuje mnie? Obsesja jakaś? Po co ja się w ogóle ruszałem z miejsca? Wzdycham ciężko.
- Czego? Mówiłem, że nie wrócę do firmy. – Mówię.
- Nie dzwonię w tej sprawie.
- Nerki, ani szpiku ci też nie dam.
- Daj spokój.
- No to czego chcesz? – Pytam, zrezygnowany.
- Pójdziesz ze mną na kolację? – Pyta. Prawie się opluwam.
- Firmową. – Bardziej stwierdzam, niż pytam. Czyli jednak chce mnie za wszelką cenę wciągnąć z powrotem do firmy? Czy ja się niewyraźnie wysławiam?
- Nie. Zwyczajną. Towarzyską. – Śmieje się. Ależ zabawne…. Palant.
- Ty mnie zapraszasz na randkę, Montgomery? Całkiem ci odbiło?
- Skoro już tu nie pracujesz i nie łączą nas żadne stosunki zawodowe, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pogadać, jak człowiek z człowiekiem. – Wyjaśnia. Człowiek z człowiekiem? Ja mam z nim gadać jak z człowiekiem?
- Nie. Bo mnie znowu upijesz, a potem wmówisz, że cię wącham.
- Victor!
- Nigdzie z tobą nie idę, bo cię nie lubię. – Oświadczam, ale go to nie rusza.
- Ja płacę za kolację, więc… – Mówi. Wizja darmowego żarcia przyciąga. Za darmo zżarłbym obiad nawet z jakimś azjatyckim despotą, terroryzującym naród. Kto nie lubi się najeść za cudze?
- Dobra. Kiedy to ma być?
- Dzisiaj?
- Ciebie chyba coś faktycznie boli! – Parskam śmiechem. Wykruszyła mu się osoba towarzysząca, a nie chce marnować rezerwacji? Co ja jestem? Zapchajdziura? Zastępstwo ostatniej szansy? W życiu mnie w to nie wrobi! Nie ma szans. Nie rzucę się na ochłapy.
- Już się zgodziłeś, a…
- Dlaczego tobie tak bardzo na tym zależy? Nie masz innych przyjaciół? Nikt cię nie lubi? W czym tkwi twój problem, Montgomery? – Pytam. Działa mi wybitnie na nerwy.
- I tak całymi dniami siedzisz w domu, bo nie masz pracy. Masz rozwaloną kuchnię. Nie masz pieniędzy, więc nie masz za co jeść…. Ja bym na twoim miejscu się nie zastanawiał. – Mówi. W psychologa się bawi. Mentalista od siedmiu boleści… Spec od ludzkiej psychiki, czy kto tam jeszcze…A najgorsze jest to, że trochę racji ma.
- Nie bawi mnie ta jałowa dyskusja. Rozłączam się. – Oświadczam.
- Vic! – Woła oburzony. O nie! Tego już za wiele.
- Nie mów do mnie Vic.
- Hej, nie rozłączyłeś się. – Śmieje się. Nie. To mnie już irytuje bez reszty i mam wrażenie, że zaraz do niego pojadę i go uduszę gołymi rękami. Za tę jego wkurzającą wesołość i dyktatorskie zapędy. Wciskam czerwoną słuchawkę, odkładam telefon na podłogę obok siebie, a potem wzdycham i przesuwam dłońmi po twarzy. I co ja mam zrobić?

XXIII. Patrick

Zamykam kwiaciarnię i jestem gotów wrócić do domu. Udało mi się zakamuflować napis na szybie monstrualnym banerem z napisem: „Codziennie świeże kwiaty”, co brzmi nieco jak reklama piekarni, albo sklepu mięsnego, tyle że w kontekście florystycznym, ale nie udało mi się wymyślić nic innego, co by zdołało przykryć obelgę, nie zwracając przy tym jeszcze większej uwagi. Od wewnątrz udało mi się zastawić to kwiatami. Jakoś wygląda. Nieco nienaturalnie, ale jakoś… Wskakuję na rower i ruszam przed siebie, skupiony na tym, żeby nie utracić równowagi. Przejeżdżam obok biblioteki, starając się nie wpaść na budkę telefoniczną, ani wychodzącego z niej faceta. Dzwonię rowerowym dzwonkiem, dla pewności krzyczę też „Przepraszam”. Uskakuje na bok, wystraszony. Dziwny człowiek. Docieram na osiedle, spoglądam przez moment w okno mieszkania Victora i opierając rower o ścianę budynku otwieram drzwi. Złażę do piwnicy z rowerem i stoję znów nieruchomo nad kartonem z rzeczami związanymi z Michaelem. Odkąd odkryłem kim był, zaczyna mnie męczyć poczucie winy. Przestał być już bezosobowym, istniejącym niegdyś bytem, o którym ciągle rozmyślał James. Stał się prawdziwym człowiekiem, za którym tęskni mnóstwo ludzi. Mam wrażenie, że pęknę. Że wybuchnę płaczem, zabiorę ten karton na górę i powiem całą prawdę. Ciąży to teraz nade mną, jakbym osobiście stał za śmiercią Michaela. Przyciskam otwartą dłoń do ściągniętych w wąską kreskę ust i gapię się dalej na stosik zdjęć i dziwacznych, nieoczywistych pamiątek. Samotna, naga żarówka kołysze się nad moją głową. Wiem, że jeżeli mu o tym powiem, wszystko się rozpieprzy. Całe moje życie i to, co udało mi się jako tako poukładać, rozpadnie się na milion kawałków. Ale kłamstwo mnie przytłacza. Nie mogę przez to spać, nie umiem z nim normalnie rozmawiać. Zastawiam karton rowerem. Może powinienem to gdzieś wywieść? Wyrzucić? Pozbyć się ostatecznie? Słyszę jakiś hałas, prawie potykam się o własny rower. Spoglądam przez ramię. Już mam wychodzić, kiedy ciężkie, metalowe drzwi piwnicy zamykają się z hukiem. Nie wiem, czy przez wiatr, czy ktoś je zamknął, celowo, bądź nie. Wiem za to, że jestem kompletnie przerażony. I co ja teraz zrobię? Jak stąd wyjdę? Popycham drzwi, w sumie odruchowo, choć wiem, że nie ustąpią. Zatrzaśnięte na amen. Najrozsądniej byłoby zadzwonić do Jamesa. Jest kilka pięter nade mną, zna mnie, ma klucze. Ale jak tu przyjdzie, to wszystko się wyda. Gapię się na żarówkę. W oczach migają mi zielone plamki. Nie mam pojęcia, co robić.

XXIII. Jack

Dobra. Po wszystkim. Faktycznie nie było tak źle. Chociaż istnieje też wersja, że gorzej nie mogłoby być. Oddałem policji zdjęcia, list, screeny z internetu, podałem adres strony, opowiedziałem wszystko, co zapamiętałem z imprezy. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów i wysiłku. Babka siedząca naprzeciw gapiła się na mnie z nieodgadnionym, poważnym wyrazem twarzy. W funkcjonariuszach próżno szukać współczucia… Wszystko odnotowała, powiedziała, że będą się ze mną kontaktować. Wychodzę na zewnątrz, wmawiam sobie, że to było słuszne posunięcie, chociaż wcale w to nie wierzę. Czuję, że Felix się o wszystkim dowie, że zrobi wszystko, żeby mnie pogrążyć jeszcze bardziej. Chociaż… Był już wmieszany w tę sprawę o pobicie. Szukają go, bo nie pokazuje się w szkole. Nic dziwnego. Też bym się nie pokazał. Kieruję się do budki telefonicznej. Wygrzebuję z kieszeni płaszcza drobne. Wrzucam do otworu, wybieram numer, podnoszę słuchawkę. Urok dawnych czasów. Jest coś nostalgicznego w budkach telefonicznych.
- Mów, byle szybko, kimkolwiek jesteś, bo pracuję. – Odzywa się Eric.
- Chciałem tylko powiedzieć, że byłem na komisariacie. Nie chciałem zakłócać ci pracy….- Tłumaczę, ale wchodzi mi w słowo.
- Skąd ty dzwonisz? Z centrum czarnej dziury?
- Nie. Z budki telefonicznej.
- Wszystko załatwione? Dałeś im zdjęcia? – Dopytuje. Myśli, że kłamię?
- Tak.
- Nie wierzę.
- Kończą mi się impulsy… – Zaczynam. Nagle ktoś uderza w boczną szybę budki. Podskakuję, paraliżuje mnie strach, oddycham nerwowo. Przed szybą stoi bezdomny, przykłada do niej dłonie, coś mówi. Potrząsam tylko głową, ściskając wciąż w dłoni słuchawkę. Spoglądam na telefon, unoszę ją od ucha. Połączenie się skończyło, więc odwieszam słuchawkę na widełki, z ciężkim westchnięciem. Wyłażę z budki, prawie wywracając się na oblodzonym chodniku. Poprawiam szalik i zakładając kaptur idę przed siebie. Ktoś coś woła, słyszę dzwonek. Uskakuję w bok. Przejeżdża facet na rowerze. Kto normalny przy takiej pogodzie jeździ na rowerze? Życie mu niemiłe? Wsuwam ręce do kieszeni i powoli wracam do mieszkania Erica. Zima powoli przechodzi w niepamięć. Na chodnikach wciąż jest cienka warstwa lodu, ale po białym puchu nie ma ani śladu. Idę, gapiąc się na swoje stopy. Jakoś to będzie, chyba. Przecież nie może być bez przerwy tak kompletnie źle i niesprawiedliwie. Docieram na osiedle, wjeżdżam windą na górę. Wciąż mam poczucie, że tu nie pasuję. Dzieciak z przedmieścia w zmodernizowanym, kolosalnie drogim wieżowcu. To się nie mieści w głowie.