XXVII. Eric

Młody śpi, a ja siedzę w pościeli i się zastanawiam. Odświeżam jeszcze raz forum, z którego w końcu zniknęły zdjęcia. Trzeba by było skontaktować się z policją, powinni wreszcie zwrócić się do tego gówniarza… Kurczę. Ja chyba oszaleję, jak się zacznę martwić. Zamykam laptopa, wsuwam go pod łóżko i zwijam się w kłębek. W głowie kotłuje mi się milion myśli. Nie wiem, czy wchodzenie z młodym w ten chory układ, ma jakikolwiek sens. To nadal dziecko… Może i ma skończone te osiemnaście lat, ale żyje w innym świecie. Ma własną, wyobrażoną rzeczywistość i ciężko do niego dotrzeć. Nie wiem, czego on chce. Sam nie wiem, czego ja chcę. To kompletna paranoja! Obracam się na wznak. Gapię się w gęstą ciemność. Jack jednak nie śpi. Błąka się po mieszkaniu. Słyszę, choć stara się nie hałasować. Młody jest uroczy, jego niewinność mnie fascynuje, ale podświadomie boję się, że go skrzywdzę. Najpierw powinniśmy ustalić zasady. Nie mogę go utrzymywać, nie jestem jakimś pieprzonym sponsorem. Dzieciak z jednej strony próbuje być samodzielny, ale chyba ja też go trochę hamuję. Nastaje cisza, ale światło wciąż się pali. Wstaję więc, wiedziony dziwnym przeczuciem. Młodego nie ma na kanapie, ani nigdzie w salonie. W kuchni też pustki. Pali się światło w łazience. Pukam cicho do drzwi.
- Żyjesz? – Wołam.
- Tak… Jakoś… Jakoś leci. – Mamrocze. Wchodzę do środka, nie pytając nawet o pozwolenie. Młody, śmiertelnie blady siedzi na lodowatej podłodze, obok otwartej muszli klozetowej. Na czole lśnią kropelki potu, oddycha z trudem, z otwarymi oczami.
- Co ci jest? – Pytam.
- Nic. Zwymiotowałem… Wyjdź, proszę. – Szepcze, nie otwierając oczu. Klękam naprzeciw niego. Wygląda fatalnie.
- Powiedz mi, co z tobą?!
- Nic. Trochę boli mnie głowa i mi niedobrze… Zaraz przejdzie. To pewnie jakiś wirus. – Mówi zmęczonym głosem.
- Potrzebujesz czegoś? Lekarstw?
- Pomożesz mi wstać? – Prosi.
- Zadzwonić po karetkę?
- Nie. – Prostestuje. Pomagam mu się podnieść. Dzieciak jest słaby, wiotki, niemal przezroczysty, kiedy wlokę go w stronę kanapy. Lokuję go tam, leży na wznak. Podpieram mu głowę, przynoszę szklankę wody. Czuję się jak bohater jakiegoś niedorzecznie pomyślanego serialu. Dotykam ręką jego czoła. Nagle prawa ręka chłopaka się unosi i po prostu, jak gdyby nigdy nic, zaczyna rozpinać guziki koszuli, stanowiącej górną część piżamy. Młody oddycha głośno, powoli podnosi powieki.
- Co robisz? – Pytam. Potrząsa głową. Jest przerażony.
- Nie wiem. – Szepcze, niemal bezgłośnie. Dłoń nadal, jak gdyby nigdy nic, wędruje w dół jego ciała, rozpinając guzik, za guzikiem.
- Hej. Masz w niej czucie? – Chwytam go za nadgarstek. Ręka próbuje się wyrwać, palce dłoni się rozprostowują.
- Nigdy tego nie doświadczyłem…. To tak, jakby… To była obca ręka. Nie kontroluję jej ruchów. Ona robi to sama. – Mówi. Dzieciak jest w równie wielkim szoku, jak ja. Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby komuś opętało dłoń!
- Dzwonię po pogotowie. – Oświadczam. Jack już nie protestuje. Jego ręka strąca ze stołu szklankę z wodą.

XXVII. James

Marjorie maszeruje obok mnie na wysokich obcasach błękitnych szpilek. Cały czas gada i patrzy na mnie wielkimi oczami. Nie wiem, czy ma taki wytrzeszcz ze stresu, czy dlatego że włosy ma ściągnięte w zbyt ciasny koczek.
- Pan wie, że od tej promocji zależy przyszłość nas wszystkich? Wydawnictwa, moja, Helen, Jeana… – Wymienia. W zasadzie nie znam tych ludzi. Jest przerażona chyba bardziej niż ja. Pędzi długim korytarzem, a ja próbuję za nią nadążyć.
- O której się zaczyna?
- Za półtorej godziny. Musimy wliczyć w to dojazd i stylizację. – Wzdycha ciężko. Chyba w to nie wierzy.
- Uda się. – Próbuję ją jakoś pocieszyć. Podnosi głowę, patrzy na mnie ogromnymi, wyłupiastymi oczami.
- Nie możemy tracić czasu. – Oświadcza z przekonaniem i otwiera przede mną szeroko jakieś drzwi. W środku widzę mnóstwo wieszaków, jedno krzesło i niewysoką, ubraną na czarno Azjatkę.
- To jest Helen. Proszę ją informować, jeżeli coś będzie nie tak, bo jeśli wyjdzie to potem na światło dzienne, to wgniotą nas w ziemię. – Marjorie krzyżuje ramiona, kiedy ostrożnie lokuję się na krześle, a Helen bezceremonialnie grzebie ręką w moich włosach.
- Prostujemy? – Pyta.
- Nie wiem… Jak pani sądzi? – Spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Kładzie mi dłonie na ramionach, razem ze mną przez moment wpatruje się w taflę. Marjorie wychodzi, a jeszcze przez drzwi słychać stukot jej obcasów.
- Możemy spróbować. – Oświadcza, podłącza wtyczkę do kontaktu i unosi prostownicę, jak średniowieczne narzędzie tortur. Nie wiem, jak długo trwają wszystkie zabiegi, bo niemal przez cały czas mam zamknięte oczy. Staram się wewnętrznie uspokoić. Potem pojawia się inna kobieta – ruda, wytatuowana Brenda, której udało się w ciągu parudziesięciu minut założyć na mnie i zdjąć z pięćdziesiąt marynarek. W końcu, obie zadowolone z efektu stawiają mnie przed lustrem i oczekują werdyktu. Wyglądam jakoś inaczej, obco… Jak nie ja. Czy właśnie taki jestem w wyobrażeniach i pamięci tych ludzi, którzy na mnie czekają? Drzwi otwierają się z rozmachem i wchodzi Marjorie z teczką w dłoniach. Spoglądam w jej stronę.
- Doskonale! Dobra robota. – Unosi w górę oba kciuki, przyciskając teczkę do piersi łokciami. Uśmiecham się, choć wiem, że mówi do fryzjerski i stylistki, nie do mnie. Ja jestem tylko punktem na drodze do sukcesu. Marjorie wypisuje coś na tablecie, potem spogląda znów na mnie. Podchodzi. Jej oczy są jeszcze większe.
- Jedziemy. Jean czeka. Pamięta pan, jak wygląda cały proces? Widzi się pan z… – Zaczyna Marjorie. Identyfikator na jej szyi kołysze się z lewa na prawo.
- Pamiętam. – Wchodzę jej w słowo. Kiwa zamaszyście głową.
- Dobrze. To proszę. – Otwiera przede mną drzwi, przez które do pomieszczenia wpada słońce.

XXVII. Victor

Wiosna zapanowała nad światem na całego, a ja kompletnie nie widzę sensu w niczym. Siedzę na małej, jasnej kanapie w gabinecie pani psycholog. Wydałem na tę wizytę wszystkie pieniądze, ale nadal podejrzewam, że to jest bezcelowe. Podświadomie liczyłem tylko, że ona jakoś, układając moje życie, pomoże mi wyjść na prostą.
- Masz poczucie niedopasowania do świata? Zależy ci na ludziach? – Pyta. Nie wiem. Czuję się nieswojo. Podkulam nogi, zwijając się w kłębek.
- Nie mam pojęcia. – Szepczę. Na moment zapada cisza. Babka coś notuje.
- Ktoś stawiał ci wysokie wymagania?
- Nie wiem. – Mamroczę. Zasypuje mnie gradem pytań. Spokojnie i z ciepłym uśmiechem, ale magluje, a ja kręcę głową i wzruszam ramionami. Nie chcę o tym gadać. Nie potrafię się zwierzać obcej kobiecie. Do wielu rzeczy trudno mi się przyznać przed samym sobą…
- Czy ktoś cię skrzywdził Victorze? Wróćmy do czasów twojego dzieciństwa. – Poprawia palcem wskazującym okulary.
- Nikt mnie nie zgwałcił ani nic z tych rzeczy. – Potrząsam głową, patrzę na nią, jak na wiariatkę. Jej błękitne oczy są nieodgadnione.
- Ale czujesz się duchowo zraniony? – Obraca w palcach czerwony długopis. Czuję się nieswojo. Wiem, że nie wypytuje o intymne szczegóły, a ja nie muszę jej nic mówić, ale i tak jest mi źle. Marnuję czas i jestem zmęczony. Ta baba to jakiś holerny hitlerowiec.
- Nie wiem. Nic nie wiem. – Szepczę. Tracę czas i pieniądze. Denerwuje mnie. Wstaję. Gapi się na mnie wielkimi oczami. Wpatruję się przez chwilę w jej zaskoczoną twarz, potem w wiszący na środku ściany dyplom. Przytwierdziła go tuż nad swoją głową. Kieruję się do wyjścia.
- Wie pani co? Jest pani tak samo durna, jak wszyscy. Gówno pani o mnie wie, zadaje pani mi durne, bezcelowe pytania, a ten pieprzony dyplom dostała pani pewnie tylko dlatego, że dała się pani puknąć jakiemuś innemu idiocie, udającemu psychologa. Tak! Jak pani tak bardzo zależy, to może mnie pani oskarżyć o zniesławienie, ale mogę zagwarantować, że urządzę tam taki cyrk, że już nikt się do pani nie zgłosi na terapię, a pani sama trafi do pokoju bez klamek, gdzie będzie pani mogła brylować w otoczeniu innych ludzi, którzy nie mają za grosz rozumu! – Oświadczam, stojąc w drzwiach. Kobieta jest w szoku, ale chyba wydaje jej się, że świruje, żeby ją złamać i traktuje to jak element terapii. Mam wrażenie, że zaraz zupełnie wybuchnę i zacznę rzucać czym popadnie, więc tylko zaciskam pięści i szczęki i wychodzę, trzaskając drzwiami.

XVII. Patrick

- Ukradli mi rower. – Mówię, kiedy wracam do domu pieszo, po pracy.
- Jak to? – James wychyla się zza framugi, zamyka na moment książkę. Wzruszam ramionami. Dlaczego ja mam tak ogromnego pecha?
- Zgłosiłeś to na policję? – James krzyżuje ramiona, patrzy na mnie w skupieniu. Po co? Nie mam już na nic siły. Pełznę do łazienki, ignorując jego pytanie. Jestem zmęczony. Wszystkim. Spiralą kłamstw, pracą, kradzieżą roweru, pogodą, życiem ogólnie.
- Kupię ci ten rower! – Woła za mną James. Potykam się, prawie wpadam głową do pustej wanny. Nie ma mowy. Wystarczy, że Vic mnie utrzymywał.
- Nie. Dzięki. – Odpowiadam. Duma pozostaje dumą i bierze górę. Napełniam wannę wodą, James coś gada do mnie jeszcze przez drzwi. Szum wszystko zagłusza. Zanurzam się w ciepłej wodzie. Przynosi odprężenie. Zamykam oczy. Coraz bardziej się gubię. Chciałbym się odciąć od tego wszystkiego. Marzę, żeby było jak dawniej, z Victorem. Nie powinienem tak myśleć, ale on ciągle jest w moich myślach. Wiecznie, nieznośnie. Przeczesuję dłońmi mokre włosy, bo opadają mi na oczy. Oddycham spokojnie, próbuję się odciąć, choć na chwilę. Kiedy w końcu wyłażę z wanny woda jest niemal zimna, a James znów przesiaduje na parapecie w kuchni. Staję w drzwiach i patrzę w milczeniu na niego, kiedy spokojny, o posągowej urodzie siedzi z kolanami pod brodą i czyta własną powieść. Spogląda na mnie, uśmiecha się.
- Kupię ci rower. – Powtarza z przekonaniem. Kręcę głową.
- Nie. Sam sobie poradzę. – Napełniam czajnik wodą.
- Daj spokój. – Prosi. Wstaje, staje za moimi plecami. Czuję jego obecność. Nie sądziłem, że nadejdzie dzień, w którym ten pogubiony, załamany człowiek, będzie mnie onieśmielać.
- Porzuć wyjątkowo ambicję. Każdy czasem potrzebuje pomocy. – Szepcze. Obejmuje mnie w pasie. Od Victora nauczyłem się buntu i samodzielności. Czasami aż do przesady.
- Jak się zgodzę, to dasz mi święty spokój? – Pytam. Parska śmiechem, opiera podbródek na moim ramieniu. Wyciągam za siebie rękę, dotykam nią jego policzka. Stoimy tak przez chwilę, nie mówiąc ani słowa. Wciąż oswajam się z jego dotykiem.
- Zabrałeś mi książkę. – Stwierdzam.
- Jutro kupujemy rower.
- Jutro nie mam czasu.
- Po pracy.
- Dobrze. – Kapituluję. Stoimy wciąż w tej samej, trochę niewygodnej pozycji, nad czajnikiem, jak dwaj bohaterowie niemieckiego melodramatu, dla głupich, złaknionych przesadnych emocji bab.
- Wracam do czytania, póki mi jej nie zabrałeś. – Stwierdza. Powoli zdejmuje ze mnie dłonie. Czuję się oswobodzony. Bliskość jest dziwna i obca. Wciąż nie umiem traktować go tak, jak powinienem. Coś mnie blokuje i zatrzymuje w pół drogi, chociaż tak bardzo się staram.
- Pojutrze zaczynasz promować powieść. – Przypominam sobie.
- Wiem. Przeraża mnie to.
- Będzie dobrze. Masz wprawę. – Pocieszam go. Znów siedzi na parapecie, z książką w dłoniach, bose stopy opiera na podłodze.
- Kocham Cię, wiesz? – Pyta. Nieruchomieję, oddycham ciężko, wgapiam się w kuchenkę, udaję, że nie słyszałem. Nie mam pojęcia, jak zareagować.

XXVII. Jack

- Pogodziłeś się? – Pyta Eric, zamykając za nami drzwi mieszkania, po powrocie z miasta.
- Z czym?
- Ze sobą? – Przechyla głowę.
- Jestem ze sobą pogodzony. – Rzucam i idę w głąb mieszkania. Nadal nie umiem z nim do końca normalnie rozmawiać. Boli mnie to, że nie traktuje mnie serio. Jak zwykle lokuję się na kanapie, sięgam po podręcznik.
- Hej! Wyciągam cię do miasta, a ty wracasz i się uczysz, jak gdyby nigdy nic? A wrażenia? Emocje? Ekscytacja? – Eric staje nade mną. Podnoszę wzrok.
- Nie jestem podekscytowany.
- Ale mógłbyś chociaż być wdzięczny.
- Dziękuję. – Oświadczam i wracam do geografii. Siada obok mnie. Nie chce mi dać spokoju…
- Przestań się czaić i uciekać. – Prosi.
- Robię to przez całe życie. – Kartkuję książkę.
- Co?
- Uciekam.
- Pora przestać. – Oświadcza. Łatwo powiedzieć. Nigdy nie wyzbędę się przerażenia.
- Chciałem się pouczyć przed snem. – Mówię nieśmiało. Eric przygląda mi się w skupieniu, jak jastrząb obserwujący swoją ofiarę.
- Nie chcę o tym gadać. Wystarczająco dużo o sobie mówiłem. – Kręcę głową.
- Spójrz na mnie.
- Odczep się ode mnie. – Proszę. Nie mam ochoty z nim gadać, przestałem mu do końca ufać i trochę się go boję. Obejmuje mnie ramieniem, przysuwa do siebie. Nie odwracam się w jego stronę, ale czuję jego oddech na policzku. Ciepły i drżący. Łaskocze. Muska ustami moją skórę. Znów wysyła sprzeczne sygnały. Chce, żebym zupełnie zwariował, a ja mam tego dość. Zaciskam powieki. Podręcznik spada mi z kolan. Eric ostrożnie obsypuje drobnymi, delikatnymi pocałunkami moją szczękę, a potem wskazującym palcem odwraca moją twarz w swoją stronę.
- Spójrz na mnie. – Powtarza. Otwieram oczy.
- Nie jesteś pogodzony ze sobą. – Stwierdza stanowczo. Patrzę w jego ciemne, nieprzeniknione oczy. Tak bardzo miesza mi w głowie! Jestem zmęczony. Próbuję uciec, ale zatrzymuje mnie spojrzeniem.
- Ja… Potrzebuję czasu. I… Boli mnie głowa. Możemy skończyć przesłuchanie? – Pytam. Wygląda na urażonego. Wstaje i odchodzi, nic już więcej nie mówiąc. Zwijam się w kłębek i choć jestem zmęczony, a głowa mi pęka, sen wcale nie nadchodzi. Mam gdzieś jego psychologiczne gierki…

XXVI. Eric

Młody się obraził. Śmiertelnie i ostatecznie. Nie odzywa się do mnie, omija mnie, ignoruje. Niech sobie to wszystko poukłada. Sam też muszę to zrobić. Chociaż mimo wszystko z jakiegoś powodu jest mi go cholernie żal. Może dlatego, że jest jeszcze młody i nie pojmuje życia. Staję nad nim, kiedy siedzi na kanapie, z kolanami pod brodą.
- Hej. Co robisz? – Pytam, ale nie oczekuję odpowiedzi. Zgodnie z podejrzeniami – milczy i nawet się nie porusza. Drażni mnie to. Po co ze mną mieszka, skoro traktuje mnie jak powietrze? Wzdycham, siadam obok. Kuli się jeszcze bardziej, zaraz się zwinie w ósemkę. Rozkosznie zabawne.
- Odezwij się do mnie, nie obrażaj się już. – Proszę.
- Nie.
- Odezwałeś się!
- Odwal się ode mnie.
- Gdybym ja trakto..
- Nie gadam z tobą! – Woła. Akurat…
- Młody, daj spokój.
- Nie mów tak do mnie.
- Jesteś niepoważny. – Stwierdzam, bo zaczyna mnie drażnić.
- Ja?
- Tak, ty. I skoro ci tak bardzo zależy, to możemy gdzieś pójść.
- Obejdzie się. – Rzuca, krzyżuje ramiona. Obrażalski typ.
- Dobra. To ja wychodzę.
- Świetnie.
- Błagam cię, Jack. – Wywracam oczami. Ileż można obrażać się o wyolbrzymiony problem? Szkoda życia. Skubie rękaw swojego zielonego swetra.
- Dokąd chcesz pójść? – Pyta nieśmiało.
- Nie wiem.
- Wkurzasz mnie. – Oświadcza. Podnosi wzrok, dopiero teraz na mnie patrzy.
- Wiem. A ty się łatwo dajesz ugłaskać.
- O nie, nie, nie. Nie ma mowy. Nie idę. – Odwraca twarz w drugą stronę, unosi podbródek. Wiem, że i tak uda mi się go podejść.
- Chodź.
- Nie.
- Chodź. – Powtarzam, przysuwam się bliżej.
- To jest manipulacja!
- Ale skuteczna. I to się liczy!
- Dobra.
- Eureka.
- To dokąd idziemy? – Wzdycha. Chyba ma do siebie żal.
- Coś się wymyśli.

XXVI. James

Środa. W najbliższy poniedziałek trafi na półki, w piątek rozpocznie się promocja. A dziś trafiła w moje ręce. Jestem podekscytowany i przerażony równocześnie. Kartkuję powieść, wsłuchuję się w cichy szelest stron. To magicznie, nieludzkie doświadczenie. Jakbym na moment trafił do innego świata, którego istnienia tak naprawdę nie pamiętam… Pamiętam książki, które powstały wcześniej, ale nie wiem, co działo się przez te dwa lata… Czy mój styl się nie zmienił? Czy ludzie tego nie skrytykują? Ludzie z zasady nie lubią i nie chcą wracać do przeszłości, a ja tak bardzo, usilnie pragnę ją poznać. Drzwi otwierają się z trzaskiem, ale nie ruszam się z miejsca. Patrick wpada do pokoju i patrzy na mnie, jak kilkulatek na konia na biegunach.
- Masz książkę! – Woła entuzjastycznie, z rozpędu siada obok mnie i zabiera mi powieść. Nie komentuję, nic nie mówię, uśmiecham się tylko, obserwując jego radość. Wygląda teraz tak prawdziwie i wyjątkowo równocześnie. Podekscytowany, zarumieniony, pachnący świeżym powietrzem, wczytuje się w streszczenie na tylnej okładce. Czy istnieją inni ludzie, którzy tak reagują na moje książki? Jak sobie z nimi poradzić? Jak z nimi rozmawiać?
- Dopiero teraz do mnie dociera, że jesteś osobą publiczną. – Szepcze.
- Oddaj. – Wyciągam rękę po książkę. Potrząsa głową.
- Nie ma mowy. Nie oddam, dopóki nie przeczytam. – Oświadcza stanowczo i chowa książkę za plecami. Wyciągam rękę, próbuję ją odzyskać, ale Patrick ze śmiechem robi uniki.
- Napisałeś ją, więc znasz całą fabułą. Po co ci? – Pyta, unosi rękę nad głowę, próbuję sięgnąć po książkę, ale wciąż siedząc na kanapie odchyla się do tyłu tak, że dłoń z lekturą spoczywa na podłodze. Wpatruję się w niego przez chwilę w tej pozycji. Wiem, że jak wstanę, żeby go podejść z drugiej strony, Patrick wróci do pionu. Nie wiedzieć czemu ta sytuacja wcale mnie nie irytuje i nie wydaje mi się dziecinna, bezsensowna. Obserwuję, jak jego klatka piersiowa unosi się z oddechem, a ciało spływa, niemal bezwładnie z mebla, na podłogę. Zawisam nad nim, pochylam się, sunę dłonią w dół jego ręki. Skupiam się tylko na odzyskaniu książki, nie patrzę w jego przymknięte oczy, bezwiednie wdycham zapach wiosennego wiatru, którym przesiąknięte jest jego ubranie. Luzuje uścisk, książka z łoskotem upada na podłogę. Patrick otwiera oczy. Moja palce wciąż zaciskają się na jego nadgarstku. Spogląda na mnie, rozchyla usta, oddycha głośno, jak po przebiegnięciu dystansu. Pochylam się niżej, puszczam jego rękę. Stykamy się niemal nosami, widzę z bliska kolor jego tęczówki. Całuję go czule, delikatnie, niepewnie. Lęk wymieszany z tęsknotą gdzieś się we mnie przelewa.

XXVI. Victor

- Ile to panu zajmie? – Pytam nieśmiało, zerkając na fachowca. Gapi się na mój sufit od dobrych trzech kwadransów.
- A co? Spieszysz się pan gdzieś?
- Pan jest bez…
- Ale podłogę to trzeba będzie całą zrywać.
- Wara od podłogi! Podłogę sam ogarnę. – Prostestuję. Gość w internecie reklamował się jako najlepszy spec w mieście, ale chyba coś mu nie idzie… Dzwoni mój telefon. Jak zwykle Monty, więc odrzucam. Pewnie chce wypytywać o szczegóły terapii, na której nie byłem. Właśnie kiedy zastanawiam się, czy nie zablokować jego numeru w cholerę, słyszę huk i ryk powalonego bawołu. Pędzę do kuchni. Okazuje się że facet spadł z trzystopniowej drabinki i leży na podłodze, obok skrzynki z narzędziami. Nie! Nie wrobi mnie w odszkodowanie. Nie ma szans! Uprzejmie pomagam facetowi wstać, a potem wręczam mu jego przybory, drabinkę i wypraszam go z mojego mieszkania. Patrzy na mnie zszokowany. Pewnie myślał, że zacznę go przepraszać i zaproponuję telefon na pogotowie. Jeszcze co. Dość mam w otoczeniu świrów. Zatrzaskuję drzwi za specem. Czyli nadal nic. Wciąż mam kasę, ale nie mam normalnego sufitu. Żyć się odechciewa. Montgomery znowu dzwoni. Wzdycham i odbieram, bo nie da mi spokoju.
- Czego? – Pytam.
- Cześć! Odebrałeś!
- Ależ ty spostrzegawczy. Order ci się należy… – Mamroczę. Zerkam znów na sufit. Kompletna tragedia.
- Mam do ciebie sprawę.
- Nie pójdę do psychiatry. – Protestuję od razu.
- Chciałem cię zaprosić na wspólny weekend. Przyszły weekend. – Oświadcza, nad wyraz radośnie. Wywracam oczami.
- Błagam! Ty naprawdę nie znasz żadnych innych ludzi? Dlaczego tak się mnie uczepiłeś?
- To by ci naprawdę pomogło. Wyjazd do odległego miejsca, na łonie natury. Oderwałbyś się od tego, co cię dręczy i czego nie posiadasz. – Mówi. Kretyn, wierzący w moc pozytywnego myślenia. Dlaczego im wszystkim się wydaje, że zmiana otoczenia niweluje problemy?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
- Vic! To naprawdę będzie niezapomniany weekend.
- To zabrzmiało jak tekst z pornola!
- Victor!
- Wygrałeś wycieczkę w konkursie płatków śniadaniowych i nie masz z kim jechać?
- Chcę coś dla ciebie zrobić, chcę cię uszczęśliwić, a ty stale drwisz.
- Ale ja nie chcę! Nie chcę nigdzie z tobą łazić, jeździć… To jest prawie jak stalking! Ty mnie prześladujesz.
- Daj spokój. Obiecuję, że jak nie wypali, to się od ciebie odczepię.
- Możesz się teraz odczepić.
- Ale co masz lepszego do roboty? Z dobroci serca sponsoruję ci wyjazd, a ty usilnie odmawiasz, chociaż nic cię tu nie trzyma.
- Skąd wiesz?
- Bo wiem. – Śmieje się.
- Przerwa ci się nie kończy? – Pytam. Mogłem od niego nie odbierać. Ignorować go stale.
- Przemyśl to Victor.
- Nie.
- Naprawdę by ci pomogło…
- Nie mam czasu gadać. – Rzucam szybko i rozłączam się. Próbuję zrozumieć, co siedzi w głowie tego człowieka? Dlaczego aż tak bardzo mu zależy? Po co się dla mnie poświęca, skoro dobitnie daję mu do zrozumienia, że mam go gdzieś?

XXVI. Patrick

Leżę obok Jamesa i wpatruję się w jego plecy. Nie mogę zasnąć. Zastanawiam się, co by się miało wydarzyć, gdyby nie telefon. Z jednej strony wizja mnie ciekawi, z drugiej napawa lękiem. Odwraca się powoli na drugi bok, twarzą do mnie, uśmiecha się lekko.
- Cześć. – Szepcze.
- Hej. – Mamroczę i błyskawicznie wygrzebuję się spod kołdry, zerkając uprzednio na zegar.
- Coś się stało? – Pyta. Kręcę głową, uśmiecham się ciepło. Staram się, żeby to nie wyglądało jak ucieczka, kiedy zabierając stosik ubrań pędzę do łazienki. Ubieram się, myję, żegnam i wychodzę bez śniadania, postanawiając po drodze zjeść coś w cukierni. Jednak bardziej się boję. Boję się, że James jakoś nawiąże do tego, co miało miejsce wczoraj, że zacznie drążyć i grzebać w przeszłości. Kiedy zabieram rower, mój wzrok pada jeszcze na list i pustą, małą, żółtą kopertkę. Kto to rozsyła, u licha? Wyprowadzam rower na zewnątrz, znów, odruchowo zerkam w okno Victora. Przemyka mi myśl, czy on też czasami rozmyśla o mnie? Czy już kompletnie mnie olał i zapomniał na zawsze? Rozmyślam przez cały czas o liście, jadąc przed siebie na rowerze. Potrącam prawie jakiegoś rozkojarzonego faceta, wpatrzonego w ekran telefonu. Ma nietypowe, niezwykle wyraźne rysy twarzy, nie ma w niej nic delikatnego. Odruchowo odprowadzam go wzrokiem. I wtedy go widzę. Victora. Wysiada z czyjegoś auta, jak gdyby nigdy nic. Przechylam głowę, usilnie próbuję dostrzec, kto siedzi za kierownicą. Vic się śmieje, przeczesuje ręką włosy i zamyka drzwi. Nie wiem, czy mam uciekać, czy udawać, że go nie widzę, kiedy idzie w moim kierunku, wyprostowany i dumny, jak zawsze. Nie odzywa się. Pewnie też woli udawać, że mnie nie widzi. W końcu, o czym mielibyśmy ze sobą rozmawiać? Zatrzymuję się przed cukiernią, zamawiam pączka i kawę z cynamonem. Uśmiecham się do uroczej ekspedientki. Czekając przy ladzie, aż napełni kubek kawą, zerkam na ulicę. Jest piękny, wiosenny, słoneczny poranek. W dni takie jak ten, chce się żyć. Jest jednak na tyle wcześnie, że na ulicach prawie nikogo nie ma. Wyciągam rękę po kubek i papierową torebkę z ciastkiem. Dziękuję, odbieram resztę, odwracam się w stronę wyjścia i widzę… Że mój rower zniknął. Wypadam na zewnątrz, rozglądam się wokoło. Nigdzie nie ma sprawcy. Rozpłynął się, razem z moją własnością. Zagryzam wargę. Jestem wściekły i rozgoryczony. Nie wiem, co robić, wszystkiego mi się odechciało. Trzeba by było zgłosić sprawę na policję… Ale czy kogoś obchodzą skradzione rowery? I czy taki rower jest w ogóle sposób odzyskać? Upijam łyk gorącej kawy, opieram się plecami o ścianę cukierni. Wystarczyła jedna, maleńka chwila nieuwagi, którą ktoś wykorzystał. Ktoś, kto ma więcej rozumu niż ja.

 

XXVI. Jack

- Kochasz mnie? – Pyta. Teraz to ja nie wiem, co powiedzieć. Rozchylam bezgłośnie usta. Prowokuje mnie spojrzeniem. Nic z niego nie wyciągnąłem, a sam się obnażyłem. Bez sensu. Pociągam nosem, a Eric wyciąga rękę i obejmuje nią mój kark.
- Naprawdę? – Pyta znów. Uśmiecha się, a ja odchylam w tył głowę i rozpływam się pod jego dotykiem. Chciałbym umieć po prostu odpuścić.
- Powiedz. – Prosi. Zamykam oczy, parskam śmiechem. Nie. Nie dam się omamić.
- Ty bez przerwy traktujesz to jak żart! – Stwierdzam. Odsuwam się.
- Daj spo…
- Może lepiej będzie jak zamieszkam w domu po matce i znajdę sobie kogoś normalnego?
- Młody! Nie ufasz mi, chociaż uratowałem ci życie, przyjąłem cię pod swój dach i utrzymuję cię, chociaż sam nie wiem, dlaczego!
- Kocham Cię. Tak! Kocham, a ty masz ubaw. Nie wchodzę w to! Zbliżysz się do mnie, narobisz nadziei, a potem wrócę do punktu wyjścia. Mam w dupie taki układ! I wolę być nieszczęśliwy niż niepewny niczego! – Mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. Wyciąga ręce, ale go odtrącam.
- Spokojnie. – Mówi do mnie, jak do psa. Nie będę spokojny! Jestem wściekły. Mam wrażenie, że zaraz przekroczę jakąś niewidzialną granicę, zabiorę swój marny dobytek i pójdę stąd w cholerę. Chwyta mnie za ramiona, próbuję się wyrwać, bo w tej chwili naprawdę mam go dość, bo nie da się z nim gadać jak z człowiekiem. Miotam się, więc łapie mnie za nadgarstki, żeby mnie unieruchomić. Zostaje mi tylko kopanie i odwracanie wzroku, bo wpatruje się we mnie uparcie, jakby oczekując kolejnych deklaracji.
- Hej. Nie wariuj. – Prosi. Jestem zupełnie bezsilny. Wściekłość zastępuje kompletna obojętność i mam wrażenie, że naprawdę oszaleję. Eric obejmuje mnie pospiesznie, bojąc się zapewne, że zdążę uciec. Trzyma mnie w ramionach, kołysząc jednostajnie, delikatnie na boki. Emocje we mnie buzują, słyszę pęd własnej krwi w skroniach, mam wrażenie, że rozsadzi mi umysł. Eric coś do mnie szepcze, ale nic nie słyszę. Zaciskam powieki i próbuję uspokoić oddech. Znowu kręci mi się w głowie. Eric przez cały czas głaszcze mnie po plecach.

XXV. Eric

- Mogę o coś spytać? – Pyta młody, gapiąc się w talerz i grzebiąc widelcem w ryżu. Od rana jest jakiś dziwny, jakby zmieszany, zagubiony. Nie wiem, może nadal męczy go ból głowy…
- Jasne. – Rzucam z uśmiechem.
- Czy pan… Czy my… To jest na poważnie? – Wypuszcza głośno powietrze ustami.
- Co?
- Czy my jesteśmy razem? – Pyta. Nie wiem co powiedzieć. Patrzę w skupieniu w jego zielone oczy, oblizuję usta. Wiedziałem już wcześniej, że dzieciak się angażuje, ale nie chcę go zranić.
- Nie wiem… Nie wiem, co powiedzieć. – Wyłamuję palce, wpatrując się w stół. Czuję na sobie wzrok Jacka.
- Jeżeli nie chcesz i po prostu… Nie ma… Nie wiem, jak to ubrać w słowa…. Jeśli cię nie interesuję, nie chcesz nic próbować, to powiedz. Nie jestem desperatem i stalkerem. Jeśli odmówisz nie będę cię prześladował i podrzucał anonimów. Nie rzucę się z tego powodu z dachu. – Mówi. Chyba mu nie wierzę. I w jakiś dziwny, irracjonalny sposób zależy mi na jego szczęściu.
- Ja… Nie wiem. Daj spokój. – Powtarzam. Wzdycham głośno. Dzieciak cały czas się na mnie gapi, przenikliwym spojrzeniem zielonych oczu.
- Możemy… Możemy spróbować, naprawdę, ale… Dla mnie to… – Plączę się. Nie wiem jak mam ubrać w słowa to, co czuję. W sumie nawet nie wiem, co czuję…
- Nie traktujesz tego poważnie? Nie traktujesz mnie serio? – Pyta. Przecież nie przyznam mu racji.
- Możemy porozmawiać o tym kiedy indziej? – Odpowiadam pytaniem na pytanie.
- A list?
- Jaki list? – Marszczę brwi.
- Ten w żółtej kopercie. Od kogo był?
- To było ze sto lat temu! Nie mam pojęcia.- Kręcę głową.
- Przecież wczoraj na ten adres przyszedł dokładnie taki sam. Znalazłem go w kuchni.
- Grzebiesz mi w rzeczach? – Potrząsam z niedowierzaniem głową. Nie chodzi nawet o ten list, ale o sam fakt zaglądania do korespondencji.
- Leżał na wierzchu, wyglądał identycznie… Kto go przysłał?
- Skąd mam to wiedzieć?
- Ktoś musi wiedzieć!
- Chyba tylko ten, kto je rozsyła. – Rzucam. Gówniarz zaczyna mnie irytować. Nieustannie szuka problemu. Zabieram talerze, zgarniam resztki do kosza na śmieci.
- Porozmawiaj ze mną. – Jack mówi stanowczo, niemal mi rozkazuje, staje obok mnie.
- O czym?
- Nie wiem. Otwórz się jakoś, zdradź co czujesz. Nawet nie wiesz, jak strasznie się czuję ze świadomością, że ktoś, kogo kocham, ma mnie kompletnie gdzieś. – Jęczy rozpaczliwie. Zakręcam wodę.
- Co powiedziałeś?
- Co?
- Powtórz. – Staję naprzeciw niego.
- Że jestem nieszczęśliwy i czuję się odrzucony. – Mówi. Wpatruję się w jego oczy.
- Nie o to chodzi. – Odpowiadam i kręcę powoli głową. Młody zagryza wargę.
- Że… Że cię kocham?

XXV. James

Kiedy Patrick wraca z pracy, wyciąga mnie na obiad do jakiegoś bistro. Nie potrafię się na niego gniewać, nawet mimo to, że nie do końca mu ufam. Czuję się po prostu niesprawiedliwie, bo widzę, że naprawdę mu zależy. Idę teraz u jego boku, najedzony, spokojny i nawet w jakimś stopniu szczęśliwy. Idziemy ramię w ramię, dłoń Patricka przypadkiem ociera się o moją, więc szybko się odsuwa. Pragnę go nadal rozgryźć, poznawać jego reakcje. Obejmuję go w pasie. Nie protestuje, ale czuję, jak napięte jest jego ciało. Boi się mnie? Może myśli, że przez wypadek nie jestem tym samym człowiekiem? Może byłem inny, o czym mi nie mówi? Do domu docieramy w milczeniu. Zamykam drzwi na klucz, odwieszam płaszcz i patrzę na niego z uśmiechem, gdy wyplątuje się z szalika. Kładę mu dłonie na ramionach, obracam go przodem do siebie. Zdejmuję szalik z jego szyi spokojnym gestem. Tęczowy, niezmiernie kiczowaty. Podaję mu go i tkwimy tak, bez ruchu, wpatrując się w siebie z uchylonymi ustami. Patrick wyciąga drugą rękę. Przesuwa palcami po moim policzku, po zarysie szczęki, śledzę każdy jego ruch. Pachnie orientalnymi przyprawami, którymi przesiąknięte było wnętrze lokalu. Uśmiecha się. Ma piękny, szczery uśmiech… Przysuwa się do mnie minimalnie, przez co niemal stykamy się nosami. Jego kolano ląduje między moimi nogami, nie ma między nami wolnej przestrzeni. Dzielimy się oddechem, zaciskając palce na szaliku, jakby był naszym spoiwem. Jakby wraz z rozluźnieniem uścisku wszystko miało prysnąć. Nie śpieszymy się. Patrick patrzy mi w oczy, choć nie wiem, czy naprawdę tego chce. Jest dla mnie nieodkryty…. Powolnym, spokojnym ruchem zsuwam z jego ramion ciężki, czarny płaaszcz, przez co puszcza na moment moją dłoń. Przechodzi przeze mnie elektryczny impuls. Szalik ląduje, wraz z płaszczem, na komodzie za jego plecami, a Patrick opuszcza ramiona wzdłuż ciała. Widzę jak jego klatka piersiowa unosi się z każdym oddechem i dopiero teraz go całuję. Obejmuje kurczowo rękami moje plecy, kiedy sięgam ustami jego ust, szukając drogi wyzwolenia emocji. Nie wiem, czy to właściwe, ale czuję że inaczej nigdy go nie poznam, nigdy nie dowiem się niczego i nigdy nie pozbędę się strachu. Patrick nie próbuje uciec. Wciąż jest w nas jakieś przerażenie, desperacja. Obejmuję dłonią jego policzek. I wtedy rozdzwania się mój telefon. Atmosfera gdzieś momentalnie pryska, jak bańka mydlana. Nie wiem, jak zareagować. Patrick się odsuwa, parska śmiechem i prosi, żebym odebrał. Dzwoni Marjorie, odpowiedzialna za promocję książki. Przypomina mi, że książka pojutrze trafi do sprzedaży, a za tydzień zaczynamy ją intensywnie promować. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Musi mi przypominać akurat w tej chwili? Wysłuchuję litanii nakazów i terminów, wymienianych przez porządną, poukładaną Marjorie, a Patrick odrywa się od ściany, całuje mnie bezgłośnie w policzek i wychodzi do pokoju. 

XXV. Victor

- Mogę cię o coś spytać? – Szepczę, leżąc w łóżku, obok Montgomery’ego i gapiąc się w jasny sufit. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło. Ja chyba śnię….
- Tak?
- Nie. Jednak nie.
- Pytaj!
- Nie.
- Vic!
- Nie mów do mnie Vic. – Warczę. Wzdycha.
- Mów. – Rozkazuje. Trochę mi głupio, ale nie spocznę, jeśli się nie dowiem.
- Czy ty… Masz swoje zęby? – Pytam, a on wybucha śmiechem. Co w tym jest zabawnego?
- Jesteś niesamowity, Vic! – Niemal turla się ze śmiechu.
- Już o nic więcej cię nie spytam, bo jesteś niepoważny. – Oświadczam. Zapada cisza, przerywana tylko krótkimi parsknięciami jego śmiechu.
- Chcesz być… Seksownym drwalem? – Pyta niespodziewanie Monty. Co? Słyszałem o różnych przebierankach w łóżku, zabawach na przykład „w lekarza”, ale farma?!
- Co? – Marszczę brwi.
- No wiesz… Broda, hipsterzy…
- Nie. Ja jestem po prostu niesamowicie seksownym sobą. – Odpowiadam, patrząc mu w oczy. Mam ogromną ochotę go pocałować, ale przecież tego nie zrobię, bo jest skończonym fiutem. I żaden seks tego nie zmieni. Zapada cisza.
- Skąd to? – Pacam palcem niewielki tatuaż na jego brzuchu. Kiczowaty i dziecinny – uśmiechnięta emotikona.
- Symbolizuje moje nowe życie. – Odpowiada. Jaki melodramat…
- Co się w nim zmieniło?
- Udało mi się sporo schudnąć. – Informuje. Jemu? Wkręca mnie. Przecież jest doskonały. W sensie… Ogólnym. Nie, że dla mnie jest doskonały…
- Ważyłem kiedyś sporo ponad górną granicą odpowiednią dla wieku. Ale zdeterminowałem się, bo wiedziałem, że mimo tego co wmawia telewizja, grubi mają pod górkę. Byłem pewien, że nie odniosę sukcesu, jako gruby pedał z biednego domu. Wziąłem się więc ostro do pracy i oto jestem! – Uśmiecha się. Zawsze myślałem, że Monty ma wszystko. Że jest zarozumiałym, wymuskanym synkiem bogatych rodziców, którzy kupili mu sztuczne zęby… Odwracam się na plecy. Montgomery się przysuwa, gładzi moje ramię.
- Czyli nie udało ci się znaleźć pracy. – Bardziej stwierdza, niż pyta.
- Nie.
- Na pewno dasz sobie radę. Jesteś wykształcony, inteligentny i masz doświadczenie. Musisz tylko uwierzyć w siebie i przestać myśleć negaty…
- Jesteś lizusem. Masz w tym tytuł mistrza.
- Naprawdę tak sądzę. Wiesz co? Myślę, że nie możesz stworzyć stabilnej relacji, bo trafiasz na niewłaściwych mężczyzn. Nie możesz wiązać się z kimś słabym, nieśmiałym i uległym. Potrzebujesz kogoś, kto cię ujarzmi, kto będzie dla ciebie podporą, ale zrozumie i nie da się wgnieść w ziemię.
- Gdzie ty się tego nauczyłeś? Czytasz poradniki typu „Bóg cię kocha”, albo „Twoje życie zależy od ciebie”, czy coś? A może oglądasz nocami telewizyjnych wróżbitów?
- Ale powiedz, nie jest tak? – Pyta. Nie odpowiadam. Wkurza mnie. Mam go dość. Wstaję, strącając z siebie jego ramię. Wzdycha, chichocze. Chyba bawi go moja reakcja. Podnosi się do siadu, patrzy, jak się ubieram.
- Zrobisz coś dla mnie? – Pyta, siedząc po turecku na łóżku. Wyciągam spod niego mój pasek. Spod łóżka, nie spod faceta!
- Nie. – Rzucam. Montgomery grzebie w szufladzie.
- Proszę. – Wyciąga w moją stronę rękę z jakimś świstkiem. Wizytówka? Zerkam.
- Co to? Psychoterapia? Nie jestem psycholem…
- Masz problem z emocjami…
- I przywłokłeś mnie tutaj, żeby mi to powiedzieć? Dziękuję za diagnozę, Freudzie. Za kolację broczącą krwią i tamtą, wątpliwej jakości przyjemność też. – Mierzę go wzrokiem. Wsuwam kartkę do tylnej kieszeni spodni.
- To by ci naprawdę pomogło. Wygadanie się.
- Umiem sam radzić sobie ze swoimi problemami. – Odpowiadam z przekonaniem. Znowu udało mu się mnie wkurzyć! Mam nadzieję, że nic już nie powie. Patrzy na mnie z politowaniem i smutkiem.
- Nie gap się na mnie, bo tak naprawdę gówno o mnie wiesz. – Warczę, nie patrząc na niego i nie czekając na odpowiedź, odwracam się na pięcie, po czym opuszczam z hukiem jego mieszkanie. Świeci słońce. Robi się coraz cieplej. Wiatr szarpie połami mojego płaszcza, kiedy wściekły idę przed siebie, z rękami w kieszeniach. Docieram do domu w ciągu pół godziny. Wściekły i zniechęcony. Po drodze zabieram korespondencję z wypchanej do granic możliwości skrzynki na listy. Wchodzę do mieszkania, rzucam papiery na komodę, stojącą w przedpokoju. Kiedy zdejmuję buty, mój wzrok pada na małą, żółtą kopertę, która spadła ze stosu większych. Sięgam po nią, wysypuję świstek ze środka. Odczytuję zapisane równym pismem: „Piszę tych kilka słów tylko po to, by ci powiedzieć, że cię kocham. Podpisane: Ty wiesz kto”. Wywracam oczami, prycham sam do siebie, zgniatam kartkę w kulkę i przechodząc przez kuchnię wrzucam ją do kosza.

XXV. Patrick

Kiedy wchodzę rano do kuchni, James siedzi na parapecie, z laptopem. Wiem, że źle go potraktowałem i powinienem go ugłaskać. W sumie naprawdę zależy mi na jego szczęściu. Podchodzę do niego, obejmuję ramionami jego kark.
- Cześć. – Mówię. Zamyka laptopa. Widzę, jak krople wody z moich włosów skapują na jego szyję i spływają po skórze. Wstaje bez słowa, zostawiając komputer.
- Przepraszam za wczoraj. – Szepczę.
- Jest mi zwyczajnie przykro. – Mówi, bardziej do siebie niż do mnie i siada za stołem.
- Za tydzień twoja powieść trafi na półki. Czy to nie wspaniałe? – Nadal próbuję nawiązać konwersację, ale James jest jak ściana. Bezemocjonalny i nieprzenikniony.
- Porozmawiaj ze mną, przecież przeprosiłem. Po prostu mam za dużo na głowie. – Siadam obok niego. Spogląda na mnie.
- Nie odtrącaj mnie. – Prosi.
- Nie odtrącam. – Zaprzeczam odruchowo, ale wiem, że to może być początkiem bezsensownej i niedojrzałej kłótni. Nie widziałem, że tak szybko zdołam go uspokoić. Chyba jemu z nas dwojga zależy bardziej, dlatego tak szybko odpuścił. Gdyby Victor się na mnie obraził, okrążałby mnie ostentacyjnie w odległości dwóch metrów i musiałbym stanąć na głowie, a przynajmniej wynająć śmigłowiec… Mojej relacji z Jamesem brakuje spontaniczności, ale nie umiem się odważyć. A nie jestem w stanie siedzieć z nim tutaj do usranej śmierci w milczeniu i przerażeniu. Nie wyobrażam sobie tego. Coś musi ruszyć naprzód, albo zwariuję bez reszty.
- Wyjdziemy gdzieś dzisiaj? – Pytam, opierając podbródek na dłoni.
- Znowu eskapada do lasu? – Unosi jedną brew, paznokciem żłobiąc bruzdę w blacie.
- Wymyślę coś. – Uśmiecham się. Siedzimy obok siebie i zarówno on, jak i ja, czujemy się nieswojo. Wyraźnie to czuję. Mam wrażenie, że zacznę się trząść. Postanawiam więc wstać, wyjść, wysuszyć włosy i się ubrać. Wiem, że to znowu wygląda jak ucieczka, ale lęk i ciężka atmosfera mnie przytłaczają. Mogę z nim gadać, ale nie umiem do końca z nim żyć. Gubię się w przecznościach, wpadam w paranoję. James jest dobrym człowiekiem, ale… Sam nie wiem. Gapię się na swoje lustrzane odbicie. James staje w drzwiach, więc widzę teraz też jego. Jasne, kręcone włosy sterczą mu na wszystkie strony.
- Już wychodzę. – Mówię, spuszczam wzrok.
- Nie musisz. – Potrząsa głową.
- Muszę. Praca czeka. Wezmę po drodze pocztę. – Mówię, z uśmiechem perfekcyjnej pani domu, zapinam guziki kraciastej koszuli i wymijając go w drzwiach wyłażę do przedpokoju. Czuję, że przez cały czas się na mnie gapi. Kiedy wychodzę rzucam tylko krótkie „Pa” i zbiegam po schodach. Ze skrzynki wyjmuję cały plik listów. W oczy rzuca mi się nieduża, żółta koperta. Pozostałą korespondencję wrzucam do torby przerzuconej przez ramię, a tę najmniejszą, niezaadresowaną otwieram. Wyjmuję ze środka niewielką, białą kartką, z napisanymi równym pismem paroma słowa: „Piszę tych kilka słów tylko po to, by ci powiedzieć, że cię kocham. Podpisane: Ty wiesz kto”. Zatrzymuję się na chwilę. Kto mógłby to napisać? Z pewnością nie James, a ludzie zza grobu też nie przesyłają miłosnych wyznań. Może to jakiś świr, który chce, żeby James oszalał, bo marzy mu się medialna sensacja? Ale to nie ma sensu. Wtedy takiego samego listu nie dostałbym ja…. Zaciskam usta w wąską kreskę, wpatruję się w zdanie, jakbym chciał zobaczyć gdzieś ukrytą treść. W końcu otwieram drzwi do piwnicy, list, wraz z kopertą dorzucam do sterty gratów w kartonie, po czym zabieram rower. Wychodzę przed budynek. Auto Victora stoi na parkingu, odruchowo zadzieram głowę i spoglądam w jego okno. Ciemno. Czyli nie ma go w domu… Ale auto zostało. Dziwne… Wskakuję na rower i ruszam przed siebię. W drogę!

XXV. Jack

Budzę się, kiedy ból głowy ustaje. Jest środek nocy i panuje kompletna, niezmącona ciemność. Chyba źle się zachowałem w stosunku do Erica… Wzdycham. Problem goni problem. Kocham go tak bardzo, że to aż boli. A może boli poczucie odrzucenia i niezrozumienia? Bo nadal nie wierzę w to, że on traktuje mnie poważnie, a boję się powiedzieć cokolwiek wprost. I przez to cierpię, bo jestem z tym sam. Nie mogę zasnąć. Wstaję i po cihu, po ciemku, po omacku, docieram do kuchni. Gapię się w nocne niebo za oknem, nalewając wody do szklanki. Jasne światło wielkiego księżyca oświetla fragment stołu. Wpatruję się w niego tępo przez moment i dopiero po chwili dostrzegam leżące na nim koperty. Stos listów. A na samym wierzchu niewielka, żółta koperta. Jestem przekonany, że gdzieś, kiedyś taką widziałem. Jestem zmęczony, ale nie mogę zasnąć, mój umysł nie działa całkiem trzeźwo, nie umiem sobie przypomnieć… Nagle do mnie dociera. Wiem, gdzie i kiedy widziałem taką samą kopertę. Odstawiam szklankę na stół. Rozsądnie, powoli, nie robiąc hałasu, dopadam do blatu, sięgam po kopertę, wyjmuję list. Mrugam kilkukrotnie. Zastanawiam się, czy to jednak nie sen. Na białej kartce widnieje tylko jedno, znajome mi zdanie: „Piszę tych kilka słów tylko po to, by ci powiedzieć, że cię kocham. Podpisane: Ty wiesz kto”. Kto to napisał i o co w tym wszystkim chodzi? To znowu jakiś dziwny pomysł Felixa? Czy to znaczy, że wie, gdzie teraz mieszkam? Może wie też, że zgłosiłem wszystko na policję i zapragnie zemsty? Świat przestaje się kręcić, a ja przestaję oddychać. Kiedyś oszaleję z ciągłej niepewności. Jakbym żył pod ostrzałem! Widzę że dłoń, w której trzymam list drży. Nie wiem, czy ze stresu. Chwytam ją drugą ręką, ale się nie uspokaja. Palce nadal dygoczą, jak rażone prądem. Próbuję je rozprostować, ale ręka sztywnieje. Wpatruję się w skupieniu w swoją dłoń. Nie wiem, co się dzieje. Trochę tak, jakby to nie była moja kończyna… Nie mogę jej kontrolować. Zastanawiam się, czy aby na pewno nie śpię. Zagryzam wargę, niemal do krwi. Czuję. Ale nie czuję prawej ręki. Poruszam nią w górą i w dół, próbując odgonić nieznośne mrowienie. Odkładam drugą ręką list na miejsce, gaszę światło i po omacku wracam na kanapę. Zwijam się w kłębek na boku, lewą dłonią masując prawą. Drętwienie i drgawki nie ustają. Denerwuje mnie to, że nie umiem temu zaradzić. Wpatruję się w ciemność rozszerzonymi źrenicami i przez cały czas myślę o liście. Na niebie za oknem świeci jasny, ogromny księżyc.

XXIV. Eric

Spoglądam na plakietkę przy fioletowej koszuli, stojącej za ladą kobiety. Marisa. Ładne imię.
- Czy można na wynos? – Pytam.
- Taaa… – Kiwa powoli głową i gapi się na mnie wyczekująco. W kolejce za moimi plecami stoi już sporo osób.
- To ja… Poproszę te babeczki. – Wskazuję palcem, starając się nie dotykać szyby. Przywykłem do tego, że szklane lady w sklepach, to świętość największa. Płacę prędko kartą, odbieram od babki różowy karton i znikam czym prędzej, odprowadzany wzrokiem przez wściekły tłum, stojący za mną od trzydziestu minut. Skoro młodemu aż tak bardzo zależy na tych randkach, poświęceniach i innych pierdołach, to niech mu będzie. Śnieg zaczyna topnieć, w powietrzu czuć powoli pierwsze oznaki wiosny. Do domu docieram pieszo, dość szybko. Włażę na górę, kieruję się natychmiast do pokoju dziennego, widzę, jak młody leży skulony na kanapie, z otwartymi oczami i podręcznikiem w ręku. Patrzę na to z przerażeniem.
- Coś się stało? – Pytam.
- Nie. Tylko głowa mnie boli i …. Troszkę mi niedobrze. Może przez pizzę? – Pyta. Wzruszam ramionami, ale robi mi się przykro. Jeśli zawiniła pizza, to po części i ja…
- Czyli nie zjesz babeczki? – Pytam. Podnosi się do siadu.
- Pokaż. – Wskazuje ruchem głowy pudełko. Podaję mu je, a sam idę do łazienki. Kiedy rwracam, młody siedzi na kanapie, z głową przy kolanach.
- Co jest? – Pytam. Zaczynam się naprawdę bać.
- Nic. Mówiłem, że boli mnie głowa, powinno zaraz przejść. – Oddycha głośno przez nos.
- Miałeś już tak kiedyś? – Siadam obok, dotykam jego pleców. Człowiek ledwo wróci z pracy, a już się musi denerwować!
- Daj spokój.
- Chcesz jakąś tabletkę przeciwbólową? – Pytam z troską. Nic nie mówi. Naprawdę zaczynam się o niego bać. Przez tak długi czas mieszkałem sam i nie byłem za nikogo odpowiedzialny, a przy okazji miałem chociaż spokój. A teraz? Oszaleć można!
- Przyniosę ci chociaż wody. Długo już cię boli?
- Nie wiem. Jakiś kwadrans. Daj spokój, nie umieram przecież. Ciebie nigdy głowa nie boli?
- Boli, ale się przy tym nie zwijam w paragraf. – Odpowiadam. Gromi mnie tylko spojrzeniem zielonych oczu i nic już nie mówi. Wracam prędko, ze szklanką wody i stoję nad nim, patrząc z bólem.
- Daj mi żyć. Od twojego patrzenia mi nie przejdzie. Chyba, że jesteś jakimś magikiem z Ukrainy, co to leczy wzrokiem. – Mamrocze. Od kiedy on się taki pyskaty zrobił?
- Dasz sobie radę? Jesteś pewien? – Dopytuję, znów siadam obok. Odstawia szklankę.
- Tak. – Rzuca, kładzie się ponowie na boku, z podkurczonymi nogami. A miało być kiczowato i romantycznie. Gdybym wiedział, że młody ma migrenę, to bym nie wystawał przez stulecia w cukierni, jak ostatni idiota. Wzdycham, klepię go po łydce i wychodzę, zabierając ze sobą ciastka. No przecież nie pozwolę, żeby się zmarnowały. Zamykam się z nimi w sypialni, bo nie chcę przeszkadzać dzieciakowi. Teraz już wiem, że lepiej z nim nie zadzierać, kiedy coś go boli, bo robi się dziwnie drażliwy. Siedzę na łóżku i przeglądam wszystkie najbardziej debilne strony internetowe świata, żrąc babeczki. Życie to jest jednak naprawdę popierdzielone i prawie nigdy nic nie wychodzi tak, jak sobie zaplanowaliśmy. A ja się albo starzeję, albo mi odbija, bo snuję filozoficzne przemyślenia. Spoglądam niepewnie na babeczkę. Nie no… Niemożliwe, żeby tam coś było dosypane.

XXIV. James

Patrick jest dziwny. Jest szalenie nietypowym, zamkniętym w sobie, podejrzanie emocjonalnym człowiekiem. Jakby coś ukrywał. Reaguje niestandardowo. Leżę obok niego i gapię się w sufit. W sumie nie wiem, czy go kocham. Poczułem się zobowiązany, kiedy wtedy pojawił się w drzwiach szpitalnej sali. Posklejałem fragmenty w całość i to wydawało się logiczne. Wzdycham. W sumie jest interesującym człowiekiem, ale żeby to miało sens, muszę go poznać. A on się poznać nie daje. Odwracam się na bok, wpatruję się w jego spokojny profil. Przez okno wpada jasna, księżycowa łuna. To wszystko jest przeraźliwie skomplikowane. Żyjemy jak dwaj szaleńcy, bo nie sposób się z nim porozumieć. Powoli podnosi powieki, mruga kilkukrotnie, spogląda na mnie zaspanym wzrokiem.
- Dlaczego nie śpisz i się na mnie gapisz? Jest środek nocy. – Mamrocze. Uśmiecham się tylko. Wygląda tak uroczo i niewinnie, wyrwany ze snu.
- Śpij. Nic mi nie jest. – Szepczę, dziwnie zachrypniętym głosem. Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, a potem zamyka oczy. Człowiek we śnie jest zupełnie spokojny i bezbronny, w zasadzie nie narażony na nic. Czasem chciałbym przespać życie. I nie musieć się martwić niczym. Zastanawiam się niekiedy, czy pragnę powrotu do przeszłości, do tego, co było przed dwoma laty… A co, jeśli to było złe? Jeśli ten okres był smutny, albo nie wart zapamiętania? Odwracam się plecami do Patricka, patrzę na zegar, ale w ciemności nie dostrzegam godziny. Zrezygnowany zamykam oczy i wreszcie, po długiej nocy rozmyślań, udaje mi się zasnąć. Jednak wciąż targa mną jakiś niezrozumiały, wewnętrzny niepokój, poczucie osaczenia i niezrozumienia. Tak, jakby Patrick naprawdę wcale nie był nikim mi bliskim, ale jakimś oszustem, zupełnie obcym człowiekiem, który zapragnął mną manipulować. Ale przecież to okrutne i niemożliwe .Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach….

XXIV. Victor

Siedzę w cholernie drogiej, eleganckiej, snobistycznej restauracji naprzeciw Monty’ego i klnę w duchu. Mam wrażenie, że trafiłem do innego świata, pełnego bogatych ludzi w drogich graniturach, z wielkim logo na metce. Gapię się w menu. Wszystko brzmi dla mnie kompletnie obco i niezrozumiale. Nieporozumienie. Podnoszę głowę. Stoi nad nami kelner w granatowej kamizelce i śnieżnobiałej koszuli.
- Zdaję się na ciebie. – Mówię do towarzysza i zatrzaskuję jadłospis, a on wypowiada jakąś niezrozumiałą nazwę. Cholera wie, co przyniosą. Montgomery uśmiecha się wszystkimi zębami. Mogłem tu nie przychodzić.
- Co u ciebie? Jak sufit? – Pyta. Gówno cię to obchodzi!
- Czekam na majstra. – Odpowiadam grzecznościowo. Po kilkunastu minutach wraca kelner z dwoma nakryciami i stawia przede mną jeden talerz. Mrozi mi krew w żyłach. Widzę praktycznie krwawiące, różowe mięso, obok liścia roszponki.
- Co to? – Pytam. Kto zdrowy na umyśle je prawie surowe mięso?
- Perliczka. – Odpowiada Monty i konsumuje swojego łososia. Jestem poinformowany, ale mimo wszystko mnie obrzydza. Nie zjem tego. Powstrzymuję się przed odsunięciem talerza.
- Jak ci się wiedzie? – Pyta. Co on taki ciekawski?
- W porządku. Daję radę. – Odpowiadam. Przecież się nie przyznam, że niedługo umrę z głodu. Obracam widelcem w kleksie zrobionym z konfitury z cebuli i gapię się na roszponkę. Kelner przychodzi z winem, ale wolę nic nie pić przy nim. Siedzę więc, nic nie jedząc i nie pijąc. I nie mówiąc…
- Co się dzieje? Źle się czujesz? – Pyta Montgomery, wkładając do paszczy kęs łososia.
- Nie. Nie wiem. – Prostuję się na krześle. Żarcie okazało się do dupy, to może by tak wyjść do toalety i się zmyć? Z głodu zżeram ozdobę z talerza. Nie wiem ile czasu minęło od przyjścia… Chyba wieki.
- Coś nie tak? – Pyta po raz kolejny Montgomery. Nie mam sił i ochoty z nim gadać. I wciąż nie mogę na niego patrzeć, choć nie wiem do końca, dlaczego.
- Jesteś szczęśliwy? – Przechyla głowę. Co to za pytanie? I to w miejscu publicznym? On się znowu w psychologa bawi?
- Nie wiem. – Mamroczę. Czuję się nieswojo. Zaraz jeszcze pewnie spyta, co sądzę o holocauście i czy chcę mieć dzieci. Nie drąży tematu.
- Pojedziemy do mnie? Ty nie masz kasy i…
- Skąd wiesz, że nie mam kasy? – Wchodzę mu w słowo. Unosi jedną brew.
- Do tego masz niezrobiony sufit. U mnie wszystko jest w miarę normalne. Tam możemy na spokojnie pogadać, a ja, nie chwaląc się, całkiem dobrze gotuję i może udałoby mi się czymś trafić w twój gust, bardziej niż tym. – Wskazuje ruchem głowy nakrycie.
- Chcesz mnie utrzymywać? – Parskam.
- Nie. Chcę cię uszczęśliwić.
- Dlaczego?
- Nie wiem, Vic. Chyba chcę, żebyś uwierzył, że ktoś może chcieć cię poznać, że jesteś wartościowym człowiekiem. Bo wydaje mi się, że tak naprawdę wcale w siebie nie wierzysz i skrywasz jakieś cierpienie. – Dopija swoje wino. Filozof zasrany…
- To co? Idziemy? – Pyta. Kusi. Dobra, mogę pójść. Przecież mnie nie zabije, a do gadania mnie nie zmusi. Wychodzę sam, gdy Montgomery płaci za posiłek, ale nie odchodzę, czekając przed restauracją. Na niebie lśni już księżyc. Monty wychodzi, stawia kołnierz płaszcza, uśmiecha się. Pewnie myślał, że zwieję. Sam tak myślałem…

XXIV. Patrick

- Nie wiem, dlaczego to dla ciebie robię. – Warczy Vic, kiedy otwiera przede mną drzwi piwnicy.
- Bo mnie kochasz. – Odpowiadam, gaszę światło i wychodzę z pomieszczenia.
- Nie.
- Bo mieszkasz niedaleko? A klucz zostawiłem w drzwiach? – Drążę.
- Ciesz się, że w ogóle odebrałem od ciebie telefon. Odwdzięczysz mi się kiedy indziej. Spieszę się. – Oświadcza.
- Randka? – Rzucam.
- Nie interesuj się. – Warczy i wychodzi z budynku. Nic już nie mówię. Patrzę przez moment jak odchodzi i windą jadę na górę. Tak będzie zawsze szybciej. Po chichu wchodzę do mieszkania, nie wiem, czego się spodziewać. Zaglądam do salonu i widzę, że James śpi, skulony na kanapie. Pisze po nocach, to teraz odsypia. Dobrze, może nie zauważył że mnie nie było?
- Hej. – Szepczę, kucając obok niego. W powietrzu unosi się zapach starych książek i chyba wanilii. Podnosi powieki, mruga kilkukrotnie.
- Jesteś w domu. – Uśmiecha się lekko. Dotykam opuszkami palców jego policzka. Powoli podnosi się do siadu, przeczesuje włosy ręką.
- Gdzie byłeś? – Pyta, marszczy brwi. Wypuszczam głośno powietrze ustami.
- W kwiaciarni. – Odpowiadam pewnie.
- Przepraszam, jeśli cię zmartwiłem. – Dodaję i kieruję się do łazienki. Stoję nad zlewem, myśląc o Victorze. Gdyby nie on musiałbym wygryźć dziurę w tych drzwiach.
- Coś cię trapi? – Słyszę głos Jamesa. Nie zauważyłem, kiedy wyrósł za moimi plecami. Potrząsam głową i wycieram dłonie w ręcznik. Kiedy chcę wyjść z łazienki zagradza mi przejście i gapi się na mnie w skupieniu.
- Możesz mi powiedzieć, jeśli coś cię trapi. Przecież mi ufasz. – Mówi. Ufam mu? Boję się, że mnie przekona, że wszystko wyznam. A tego nie przeżyję.
- Po prostu jestem zmęczony. Przepuść mnie. – Proszę. Odsuwa się, a ja idę do kuchni. Czekając aż kawa się zaparzy wpatruję się w okno, widząc jak Vic wyjeżdża z osiedla.
- Tęsknię za tobą. – Odzywa się melodramatycznie James. Rozczochrany siada za stołem. Nie proponuję mu kawy, bo już wiem, że on jej nie pija.
- Nie mogę zamknąć kwiaciarni. – Stwierdzam. Wzdycha.
- Przecież wiesz, że nie o tym mówię.
- Nie mam czasu, który mógłym ci poświęcić, a ty nie jesteś dzieckiem. – Oświadczam. Patrzy na mnie z wyrzutem i niezrozumieniem. A co mam mu powiedzieć? Co mam zrobić? Nie umiem aż tak się poświęcić dla człowieka, który tak naprawdę jest dla mnie obcy. A skoro mi wierzy, powinien zrozumieć.
- Siedzę tutaj całymi dniami i…
- Nikt ci nie każe tutaj siedzieć. Możesz wyjść na zewnątrz. – Odpowiadam. Drażni mnie jego niedojrzałość, przez którą muszę popadać w regularny obłęd. Jestem jeszcze bardziej niepewny wszystkiego.
- Co się z tobą dzieje? – Pyta. Spoglądam na zegar, odstawiam kubek.
- Wybacz. Mówiłem, że jestem zmęczony. Wykańcza mnie stres i te… Problemy z szybą. – Tłumaczę się odruchowo. Wiem, że powinienem stale próbować go oswajać i ugłaskać, ale z drugiej strony to, że jemu na tym zależy, działa mi na nerwy. Chciałbym po prostu wmówić to, bez specjalnego zbliżania się do niego, bo takie sytuacje piorą mi mózg i wykańczają nerwowo. Tak bardzo się boję, że coś odkryje. Nie wiem, co myśleć. Gubię się w sprzecznościach i mam ochotę ryczeć. Chyba mam za dużo na głowie… Zamkną mnie w wariatkowie. Dopijam kawek, opłukuję kubek i wychodzę, zmęczony tkwieniem na stojąco w piwnicy. James już nie mówi ani słowa.

XXIV. Jack

- Było całkiem miło. – Stwierdzam, gdy po godzinie opuszczamy pizzerię. Eric unosi brwi.
- Mogę to uznać za komplement i słowa podziękowania? – Pyta. Uśmiecham się, wbijam wzrok w czubki swoich butów. Wciąż mnie onieśmiela. Wsuwam ręce do kieszeni, zamyślam się. Naprawdę naiwnie wierzyłem, że coś z tego będzie. Że on naprawdę chciał zacząć od nowa…
- Boże, ty jesteś nie do rozgryzienia. – Stwierdza i dopiero teraz dostrzegam, że się na mnie gapi. Wciąż boję się być przed nim szczery. Wydaje mi się, że nie traktuje mnie poważnie. Nie wiem jak zareaguje i obawiam się, że mnie wyśmieje. Więc tłumię i ukrywam w sobie wszystko. To, że za nim szaleję też…
- Czyli zaczynamy od nowa? – Pytam nieśmiało.
- Dotrzymuję danego słowa. – Oświadcza. Wpatruję się w niego. Jest zniewalający. Przynajmniej dla mnie… To chore i żałośnie niedojrzałe. Idę obok niego w milczeniu, do mieszkania wracamy, kiedy się ściemnia. W głowie mam nadal kompletny chaos. Nadal mam wrażenie, że Eric mówi, a robi co innego. Jemu chyba się wydaje, że ja podchodzę do tego tak jak on – na zasadzie żartu i bez zobowiązań. Tylko, że to nieprawda. Nie traktuję tego w ten sposób, choć chciałbym, żeby było inaczej. Zwijam się na swojej kanapie. Nie wiem, czy powinienem sprzedać dom po matce, czy może się usamodzielnić i w nim zamieszkać… Mam wszystkie papiery. W zasadzie to od tygodnia oficjalnie należy do mnie, od chwili, gdy przyszło przypieczętowane pismo. Kurczę, tak nie znoszę dojrzałych, poważnych decyzji. Chyba jednak nie jestem gotowy na tę całą samodzielność. Nasłuchuję odruchowo, jak Eric krząta się po sypialni. Na nic nie jestem gotów. Odwracam się tyłem do okna, wciskam twarz w poduszkę, ale nie mogę spać, przez nadmiar wrażeń i nadmiar natrętnych myśli. Ciekawe, co teraz robi moja ciotka? Jak zareagowała, gdy pojawiła się w szpitalu, a mnie już nie było? Była wściekła? A może rozczarowana? Czy przyjęła to ze stoickim spokojem i po prostu odeszła? Słyszę, że Eric wychodzi z sypialni, więc odruchowo zaciskam powieki, chociaż wiem, że i tak nie będzie sprawdzał, czy śpię. Ale wolę udawać nieprzytomnego, żeby mnie o nic nie pytał. Powiem mu o wszystkim, co mnie trapi, kiedy sam uznam, że nadeszła odpowiednia pora. Jeszcze nie teraz. Kiedyś. Może. Wsuwam dłonie w poszewkę poduszki, przytulam do niej twarz. Co noc wmawiam sobie, że będzie lepiej, bo przecież musi być, ale z każdą mijającą godziną chyba coraz mniej w to wierzę. Wszystko stoi w miejscu i nie wygląda na to, żeby cokolwiek miało się polepszyć. Zaciskam mocniej powieki, kiedy Eric zapala na moment światło, a potem uspokajam się, gdy je gasi i zapada znów gęsta, nie zmącona niczym ciemność. Tak lepiej.